WOREK



            Zegar na kościelnej wieży wybił drugą w nocy, gdy przez zatłoczoną pijanymi studentami ulicę Mariacką przechodził Henio – niski, brodaty żulik. Wlókł za sobą wielki jutowy worek, z którego wydobywał się straszny odór. Heniowi to jednak nie przeszkadzało, od kilku lat miał z nim do czynienia w każdy dzień i w każdą noc. Zdawał się być znieczulony na jakikolwiek bodziec dochodzący do jego nozdrzy. Widok ten był tak nietuzinkowy, tak nadzwyczajny, że wręcz normalny i nikt z naprutej gawiedzi nie zwrócił na niego uwagi. Ot kolejny menel, buszujący w koszu, król aluminiowego królestwa puszek ze szklanym berłem i koroną cierniową.

            Henio parł twardo przed siebie. Z wysiłku, niczym smagany syberyjskim wiatrem, mrużył oczy, żyłka na skroni pulsowała zawzięcie i wskazywała cel: Lorneta lub Ministerstwo. Szyldy tych pubów jaśniały w ciemności jak złoto z El Dorado, brnął więc pod prąd rwącego nurtu nawalonych ludzi, brnął przez to pijackie szambo rynsztokowej menażerii, brnął mijając i zarazem będąc mijanym przez skąpo ubrane dziewczęta, zwodzące dziobiących je kogucików z postawionym grzebieniem i wypiętym w przód torsem. Tłum ludzi zamienił się w trzodę bydła, świń i baranów, tłoczących się, muczących, chrumkających, ryczących i wyjących w kierunku pełnego księżyca. Stado zwierząt zmierzało w kierunku kościoła, gdzie stacjonowały prostytutki oraz parkowały taksówki.

Wraz z kolejnymi krokami ulica pustoszała. Henio zwykle zaczynał późno, o porze, gdy młode szaleństwo ustępowało doświadczonej, starej stagnacji. Kończył wcześnie, wraz ze wschodem słońca. Chyba, że alkohol go pokonał, a zdarzało się to dość często, a nawet zawsze. Henio toczył pewną donkiszotowską walkę i dlatego z góry skazany był na porażkę. Z powodu znanego tylko sobie starał się dokonać procesu samounicestwienia. 

Henio wgramolił się do Lornety, dostrzegł dwa wolne stołki przy barze. Podszedł i z wysiłkiem położył worek na jeden z nich, a na drugim sam usiadł. Młody barman od razu polał mu dwie setki wódki.

            – Henio, ja chyba będę musiał przekazać szefowi, żeby zmienił czas zamknięcia z do ostatniego klienta na jakąś konkretną godzinę ­– rzekł z przekąsem barman.

            – To ja wam, tobie i twojemu szefowi, daję tyle zarobić, a ty mi takie świństwo chcesz wywinąć? Nie ładnie – rzekł chropowatym głosem Henio i uśmiechnął się.

            Barman odwrócił się plecami i zaczął czyścić szkło. Henio wziął kieliszek, stuknął nim o drugi, mruknął coś pod nosem i wlał jego zawartość do gardła. Już się nie krzywił, nie przy tak przepitym przełyku. Następnie wychylił drugi kieliszek, a barman polał mu następną kolejkę.

            W pubie zostały już same niedobitki: rozpłaszczony na stole cygan, jeden śpiący pod ścianą zarumieniony wąsacz z wełnianą czapką na głowie oraz będąca kwintesencją tandety dziunia w białym sztucznym futrze, różowej bluzce, w białych kozaczkach i z dupą a wierzchu. Piła piwo przy barze, cztery stołki dalej od Henia. Spojrzała na niego i lekko się skrzywiła.

            – Mój Boże… – powiedziała głośno przeciągając każdą sylabę. – Pan tak śmierdzi? Czy ten pana worek?

            Jej głos wypełnił całą salę, lecz nikt nie zwrócił na nią uwagi. Dziewczyna wbiła wzrok w Henia i napiła się piwa. Henio spokojnie przechylił kieliszek, który barman od razu uzupełnił, pochwycił drugi i spojrzał na dziewczynę swoimi szarymi oczami.

            – Laleczko, przypuszczam, że to twoja dłoń tak śmierdzi. Gdybyś nie dotykała nią kutasków każdego osiedlowego chłopaczka, pachniałaby normalnie. – Henio wzniósł kieliszek w jej kierunku i wlał jego zawartość do gardła.

            Dziewczyna zaczerwieniła się, po czym nagle, bez pardonu, rzuciła szklanką w Henia. Ten zrobił szybki unik, a szklanka świsnęła mu koło ucha i rozbiła się o ścianę. „Laleczka” wstała i prędko wyszła z pubu. Barman kichnął i wysmarkał nos.

            – Zdrówko młody – rzekł Henio i wpił kolejną kolejkę czystej.

            – Cholera ­– powiedział z pełnym nosem barman, po czym spojrzał oskarżająco na worek usadowiony na stołku. – Co ty tam trzymasz?

            – Nie wtykaj zasmarkanego nosa, tam gdzie nie trzeba – odparł Henio. – Lepiej polej.

            – Kuźwa, zawsze go tutaj taszczysz i zawsze dostaję kataru.

            – Ostrzegam cię, chłopcze – Henio pogroził palcem. – I wyrażaj się. Tu są damy.

            Barman spojrzał na chrapiącego cygana i drzemiącego wąsacza, po czym z dezaprobatą pokręcił głową i polał Ediemu do dwóch pustych szkieł. Ten wziął jeden, stuknął w drugi, wypił, wytarł wąsa i od razu przechylił następnego.

            Nagle do pubu wparowało dwóch łysych osiłków z uszami odstającymi jak polsatowskie anteny, lecz zaraz cofnęło ich do tyłu, a oczy zaszły łzami. Za nimi weszła obrażona wcześniej dziunia.

            – Co tak stoicie?! Do środka! – wrzasnęła i wepchała ich głębiej.

            – Ale tu wali… – powiedział jeden.

            – O! To ten! – zapiszczała podskakując. – Ten z workiem mnie obraził!

            – Przecież to śmierdzący dziad jest, kicia. Co ty… Dziada nie będę bił przecież – żachnął się pierwszy z osiłków i zatkał palcami nos.

            – Powiedział, że dotykam ręką brudnych kutasów! – wypiszczała.

            – No przecież go myje! – krzyknął osiłek i zaczerwienił się.

            – Ja też! – zawtórował mu kolega.

            – No zrób coś!

            – Dobra…

            Łysole podeszli do Henia, a za nimi podskoczyła dziunia. Henio odwrócił się w ich kierunku.

            – W czym mogę panom służyć? – spytał Henio.

            Osiłek chciał coś powiedzieć, lecz zapowietrzył się i zauważył leżący na stołku obok worek. Zbiło go to z tropu.

            – Co to jest? – spytał tępo.

            – Worek – odrzekł ze spokojem Henio.

            – Pytam się, co jest w tym worku!

            – Moja żona.

            Łysol zaniemówił. Spojrzał na kolegę, lecz ten tylko wzruszył ramionami.

            – Co ty pier… Trzymasz żonę w worku?

            – Będąc precyzyjnym, zwłoki żony. Jestem do niej bardzo przywiązany i myśl o rozłące by mnie zabiła.

            – Co to kur… To jakaś ukryta kamera?!

            Osiłek zaczął głupkowato rechotać, a kolega mu zawtórował.

            – Nie no Dżes – osiłek zwrócił się do dziuni. – Ja mu nic nie będę robił, to wariat jakiś.

            – Co?!

            – Twierdzi, że trzyma żonę w tym śmierdzącym worku. Idziemy.

            Wyszli a barman polał i uśmiechnął się.

            – Ładnie ich załatwiłeś, Henio.

            – Prawda jest dla takich idiotów zbyt trudna do zrozumienia.

            – Ale… – barman zawahał się. – Ty nie mówiłeś poważnie, prawda? Nie trzymasz zwłok w worku?

            Henio wzruszył ramionami i łyknął wódki.

            – Masz trupa w worku?! – krzyknął barman.

            – Uważaj, młody, jak się wyrażasz o mojej żonie!

            – Henio! To są rozkładające się zwłoki!

            – Zamknij się!

            – Henio!

            – Młody. Jeśli się nie zamkniesz to znajdę drugi worek i będę wszędzie łaził z żoną i moim barmanem! Chcesz żeby mi ją zabrali i zakopali?

            – Ale to się robi ze zwłokami!

            – Nie! Nie pozwolę, żeby ją robale żarły, gdzieś w zasyfionym dole!

            Henio wypił, po czym nagle zwalił się ze stołka i upadł na posadzkę. Barman przez chwilę stał w szoku. Henio leżał nieprzytomny. Barman wyszedł zza baru i podszedł do worka. Lekko go otworzył. Odór, który się z niego wydobył przyprawił go o wymioty. Nie wytrzymał i zajrzał do środka. W worku były śmieci.

            – Ale z ciebie łgarz, Henio – wycedził.

            Barman nerwowo wziął worek i wyrzucił go za drzwi. Następnie wrócił, podniósł Henia i wywlókł go na zewnątrz, położył obok worka i zamknął drzwi.

            Henio po chwili oprzytomniał. Rozglądnął się i zauważył leżący obok worek. Wystawała z niego kobieca stopa w czerwonej szpilce. Doczołgał się do niej, pocałował ją czule, wsadził z powrotem do worka i oparłszy o niego głowę, zasnął. Powoli zaczęło świtać. Zegar na wieży kościelnej wskazywał piątą.