Wizyta Pani D.

            Miałem przesrane. Tyle wiedziałem. Stukałem w klawiaturę swojego zakurzonego laptopa, starając się napisać pierwszy rozdział książki, lecz jedyne co mi wychodziło, to bezbożny bełkot złożony z pojedynczych, niepasujących do siebie liter, które za cholerę nie chciały ułożyć się w słowa, a co dopiero w zdania. Pani Wena przestała mnie już odwiedzać, parę tygodni temu rzuciła mnie na dobre, a raczej na złe. Nagle do dźwięku bębniących klawiszy dołączyło pukanie do drzwi i sprytnie wypełniło ciszę pomiędzy jednym, a drugim naciśnięciem brudnych przycisków klawiatury.

            STUK. STUK. PUK. STUK. PUK.

            Obejrzałem się przez ramię w kierunku drzwi wejściowych i uważnie nasłuchując odpaliłem papierosa – żadnego tam cieniaska, czy mentolka – normalnego, napalonego na moje płucka, jurnego szlugensa wypracowanego w pocie robolskiej siły, bo też skręconego w robolskiej dzielnicy. Nastała cisza. Nie spałem od trzech dni. Nic tylko pisałem, pisałem, paliłem, pisałem i piłem. Pukanie nie powtórzyło się, więc wróciłem do stukania palcami byle gdzie, byle w klawisze, jednocześnie zaciskając w ustach papieroska i spontanicznie pykając dymkiem.

            PYK. PYK. STUK. STUK. PYK. STUK. PUK!

            Znów ktoś zaczął bębnić w drzwi. Uparty dziwkarz! Nie mam pieniędzy alfonsie zasrany! Wkurwiony podniosłem dupsko i wciąż paląc podszedłem do drzwi.

            – JEEEEECHOWI WOOOOON! – ryknąłem na całe zdarte gardło i pyknąłem dymkiem.

            Nikt jednak się nie odezwał. Przyłożyłem ucho do drzwi. Dębowych. Porządnych.

            BAM! BAM!

            Złapałem się za uszy. Przeraźliwy pisk tysiąca potępieńców i trzech dziewic przebił moje bębenki na wylot. Krzyknąłem z bólu i kopnąłem w stojący przede mną prostokąt z dębu.

            – Kurwa! – ryknąłem, ponieważ poczułem jak cierpienie przeszywa moją stop na wylot. – CHAMIDŁO WON!

            Spojrzałem przez judasza, tego zdradzieckiego sukinsyna od siedmiu policzków. I nagle mój husarski gniew ostygł, moja samurajska szarża stępiała, parzący od wewnątrz wrzątek ostygł. Pojawił się za to wstyd i zakłopotanie spowodowane moim wcześniejszym grubiańskim rykiem.

            Memu oku, które wręcz wpychałem w okrągłą soczewkę, ukazała się ponętna kobieta, powabna damulka, co prawda zniekształcona przez zdradzieckiego Iskariotę, ale ja tym jego kłamstwem się nie przejmowałem. Moje kubki smakowe zaczęły wydzielać ślinotok. Odjebało mi do potęgi entej. Długie kasztanowe włosy, figura jak u młodej Kasi Figury, styl lepszy niż z magazynów do pocierania dłoni. Słodka dupcia osadzona na długich, wspaniałych nogach i wciśnięta w uszytą z siedmiu grzechów głównych czerwoną suknię z wycięciem na udzie, które ubrane było w pończoszkę zakończoną koronką w kapitelu. Ptaszek, ptaszyna, ptaszysko zaczął ćwirkać i tweetować serenady i chciał wylecieć z gniazda i uwić sobie nowe, właśnie tam, pomiędzy udami lub w tym apetycznym biuścianym dołku. Napaliłem się tak, że omal nie zgwałciłem dziurki od klucza, co byłoby dosyć masochistycznym aktem.

            – Jimmie, słonko, otworzysz wreszcie? Ile mam tu czekać? – usłyszałem jej cudowny, głęboki głos zza drzwi odbijający się echem po klatce schodowej.

            Obśliniony, z posmakiem starego dębu na języku, otworzyłem je szeroko. Ukłoniłem się Damie, wręcz upadłem do jej czarnych obcasów i zacząłem całować jej słodkie paluszki u stópek. Dama nie zwróciła uwagi na mój gościnny gest lizania stopy, weszła do środka i rozglądnęła się. Wypełniła tę nędzną melinę, tę lisią norę, ten koguci zasrany kurnik bez kurek swoją gorącą aurą i piłującym moje źrenice seksapilem. Żądliła mnie zawzięcie pożądaniem tak, że otępiałem do reszty. Moje nozdrza łapczywie wciągały różaną ścieżkę zapachu, który za sobą zostawiała, oczy jadły jej pośladki, język smakował plecy, zęby gryzły szyję. Dławiłem się nią całą.

            Weszła do pokoju, a raczej seksownie wpłynęła, z klasą zapaliła eleganckiego mentolowego cieniaska i spojrzała z pogardą w ekran laptopa.

            – Bryhdbjdafshahahhbstchujujudnndiciblabyc. – przeczytała z uwagą, dobitnie kończąc kropką nienawiści, skrzywiła się, jakby zobaczyła kogoś, kto popełnił fatalny w skutkach błąd ortograficzny, po czym rozglądnęła się z wyższością po norze, którą zwykłem nazywać pokojem.

            Na podłodze leżało pełno wydrukowanych popisanych kartek, z których tworzył się czarno-biały dywan. Dama podniosła jedną z kartek i w skupieniu przeczytała zawartą treść.

            – Hsuh usdhlah ddwuhdugegefyef gkaus gcdu egylohhgfarteygrgyg uehfufheilsf hseukfh blabla. – Uśmiechnęła się triumfalnie i spojrzała na mnie. – Widzę Jimmie, że nie próżnujesz.

            Zacząłem nerwowo mierzwić swe owłosienie na głowie, a raczej masować przerzedzone ubytki, bo wczorajszej nocy powyrywałem trochę chwastów z potylicy, gdy myślałem o tym dzisiejszym spotkaniu, o którym na śmierć dzisiaj zapomniałem. Pamiętałem jedynie, że mam srogo przesrane. Podszedłem do niej zgarbiony, uniżony, skulony jak kundel na najgorszym kacu.

            – Wena! Wena mnie opuściła! – zaskamlałem i padłem do jej kostek.

            – Boś szmaciarz i nie potrafiłeś jej zadowolić, pacanie!

            Mówiła z obrzydzeniem. Zacząłem lizać jej stopy, lecz ta kopnęła mnie bezczelnie w twarz. Upadłem na plecy, krew puściła się kaskadami z nosa. Wziąłem kartkę papieru i przyłożyłem ją do dziurki tamując krwotok. Dama usiadła na krześle obrotowym, skrzyżowała nogi i pociągnęła z cieniaska mentolowy dymek.

            – Nie taka była umowa, Jimmie – powiedziała chłodno, aż poczułem że jaja mi się kurczą z mrozu.

            – Wieeeeem! – zajęczałem.

            – Nie tak się umawialiśmy – pokręciła głową i zacmokała. – Wiesz, co to oznacza?

            – Wiem! – rozpaczałem. – Wybacz!

            – Oj Jimmie, Jimmie… – Dama drwiąco uśmiechnęła się. – Wiem, co ty kombinujesz. Nie wysilaj się, nie weźmiesz mnie na litość. Nie weźmiesz mnie, oj nie, nie, nie. Już raz prawie dałam się nabrać na te twoje sztuczki.

            Znów pokręciła głową i wstała. Ujrzałem jej majteczki niewoli, wywaliłem jęzor i znów dostałem ślinotoku. Dama ze spokojem strzepnęła popiół z mentolka na mój wystający język i zaczęła przechadzać się po pokoju. Leżałem na wznak wśród popisanych kartek i ją obserwowałem. Nie mogłem się ruszyć, zostałem przygnieciony jakąś dziwną mocą do podłogi. Sparaliżowany mogłem tylko wodzić za nią oczami. Okrążała mnie niczym sęp latający nad zdychającym zwierzęciem. Czułem, że gniję pod naporem jej drapieżnego wzroku, zamieniam się w padlinę i zaraz zacznie mnie pożeraćżywcem. Czułem, że schodzę z tego świata, jak robal gnieciony pod jarzmem jej obcasa, którym stukała rytmicznie, co sekundę, niczym bezlitosna wskazówka na tarczy zegara.

            STUK. STUK. STUK. CYK. CYK. CYK. CYK.

            Ocknąłem się z zadumy. Mogłem się ruszać, mogłem mielić szczęką, mogłem myśleć. Siedziałem przed laptopem. Otwarty dokument Worda pokazywał pustą kartkę. Serce załomotało mi szybciej. Byłem w ciemnej dupie. Nawet pieprzonego tytułu nie zapisałem, nic! Dla upewnienia spojrzałem na ekran pod górną krawędzią, gdzie widniał napis „Nowy dokument Worda”. Kurwa! Zegar łapczywie kradł cenny czas, ograbiał mnie bezczelnie, zostawiał stres i presję. Deadline, niczym gruba linia śmierci, zbliżał się nieuchronnie. Czułem jego różany zapach.

            Nagle ktoś zarzucił mi sznur na szyję i zacisnął pętlę. Zacząłem się krztusić. Znajomy różany zapach nasilił się.

            – Deadline, Jimmie. – szepnął słodko do ucha kobiecy głos. – Zgodnie z umową.

            – Bagftrartyytsyghbahhshssgtghajs! Kehy! Kehy! – wykrztusiłem dławiąc się własnym, niechlujnym językiem.

            Oczy wyszły mi z orbit. Szamotałem się, wiłem, próbowałem uciec – bezskutecznie. Dama zarzuciła sobie linę przez ramię i pociągnęła mnie za sobą. Zrobiła ze swoich pleców dźwignię. Dusiłem się, dławiłem, kopałem nogami w powietrzu. Była niesamowicie silna, jak na kobietę.

            – Szykuj się, Jimmie – powiedziała zawzięcie. – Będziemy skakać.

            – Drattffpffafff – zaprzeczyłem.

            Podłoga zrobiła się czarna, po chwili pojawiła się w niej dziura, z której syknął dym, buchnęły płomienie i rozległ się wrzask gardeł miliarda potępionych. Damulka z lekkością ugięła kolana żeby wykonać skok.

            Rozległ się telefon. Wrzaski ucichły, płomienie ucichły, dym wciąż syczał zajadle. Po chwili dzwonienie ustało. Z automatu zabrzmiał mój nabzdryngolony głos.

            – Tu automatyczna sekretarka Jimmiego Jima Jimsona Bona Beana Drugiego. Po sygnale zostaw wiadomość. Piiii, kurwa, piiiiiii.

            Po moim głosie rozległ się tonalny krótki dźwięk. Zastygliśmy w milczeniu. Dama nasłuchiwała, ja nasłuchiwałem, płomienie piekielne też nasłuchiwały. Przy okazji, mimo że zwykle w takich chwilach napięcia człowiek wstrzymuje oddech, starałem się łapczywie łyknąć choć odrobinę tlenu.

            – Jimmie – odezwał się anielski, piękny, kobiecy głos. Od razu go rozpoznałem. Aż przeszły mnie ciarki i dostałem wzwodu. A może już umierałem… – Tu Wena. Nie odzywasz się do mnie, nie dzwonisz, nie odpisujesz. Wiem, że przesadziłam, wiesz dobrze, że jestem dość impulsywna. Ach, taka moja natura. Poznałam kogoś, Jimmie. Jest malarzem. I kompletnym beztalenciem. Nie to, co ty, skarbie. Słuchaj, kochanie… Tak sobie myślę… Może wyskoczylibyśmy na kawkę i wszystko naprawili? Oddzwoń!

            Nastała chwila ciszy. Dama upuściła mnie na podłogę. Poluzowałem szybko linę i odżyłem.  

            – PIEPRZONA SUKA! – wrzasnęła Dama, aż szyby w oknach mi poszły z wdziękiem i brzękiem. – ZDZIRA! ZAWSZE MA WYCZUCIE CZASU!

            Zacząłem ściągać sznur z szyi. Wena ocaliła moje dupsko. Wedle piekielnej umowy artystycznej, w paragrafie piątym, punkcie szóstym zapisane jest: „w przypadku, gdy Wena wróci do artysty, artysta ten dostaje dodatkowy miesiąc na stworzenie dzieła”. Odetchnąłem z ulgą.

            – Do zobaczenia za miesiąc, Jimmie – powiedziała rozjuszona Damulka.

            – No chyba, że skończę! – krzyknąłem.

            – Nie sądzę. Nie wytrzymałbyś beze mnie roku, a co dopiero dziesięciu lat – powiedziała Damulka, po czym uśmiechnęła się zjadliwie i dodała – u nas nie ma tak źle, lepiej dobrze się zastanów.

            Diablica puściła mi oczko, ściągnęła sukienkę i moim oczom ukazały się dwa sterczące, przebite kolczykami sutki na krąglutkich, ogromnych piersiach. Polizała palec, dotknęła jednego, aż zasyczało, po czym odwróciła się, zakręciła dupcią i wskoczyła w płomienie. Niewiele myśląc rzuciłem się za nią, lecz na próżno. Podłoga znów była podłogą. Bramy piekieł zniknęły, gdzieś w kurzu i brudzie. Walnąłem pięścią w parkiet, który odpowiedział mi milczeniem i piekącym bólem w dłoni.

            Wstałem, zapaliłem papierosa, nalałem sobie whisky z lodem i znów zacząłem pisać, zapominając o Wenie, zapominając o wszystkim i wszystkich, licząc na to, że następnym razem, dokładnie za miesiąc, uda mi się w końcu przelecieć diabła.