Szewc

Stary szewc Zygmunt Szpilard siedział w swoim warsztacie przy ulicy Stawowej i w skupieniu przybijał podeszwę do buta. Stukot wbijanego gwoździa niósł się po niewielkim pomieszczeniu. Okrągłe okulary w cienkich, wręcz niewidocznych oprawkach zsuwały mu się ze szpiczastego, zakrzywionego nosa. W zębach zaciskał dwa ostatnie gwoździe, które po chwili wbił w podeszwę naprawianego buta, po czym zadowolony z siebie oglądnął go wprawnym okiem. Był to wielki, poklejony, pozszywany i połatany stary bucior, który miał prawie tyle samo lat, co jego właściciel i jeszcze więcej kilometrów za sobą. „Tak stary, a wciąż niezawodny. Zupełnie jak ja” – pomyślał Zygmunt i założył go na stopę ubraną w dziurawą skarpetę, po czym wstał i przeciągnął się.

Był niskim, chudym sześćdziesięciolatkiem. Ubrany w kraciastą koszulę, znoszone dżinsy i wielki skórzany fartuch przypominał rzemieślnika, dla którego czas zatrzymał się miejscu. Długimi pożółkłymi palcami, poklejonymi plastrem, sięgnął po papierosa, którego zawsze trzymał za uchem. Następnie wyciągnął z kieszeni zapałki, odpalił i rozejrzał się po swoim warsztacie.

Było to dość ciasne i ciemne miejsce, pełne pajęczyn i kurzu. Narzędzia swobodnie wisiały na hakach na ścianie, a na blacie biurka spoczywał zakurzony tłusty, czerwony notes pamiętający wszystkie nazwiska i daty. Starzec, poruszony smutkiem i nędzą tego miejsca, spojrzał z utęsknieniem na puste półki, które niegdyś uginały się pod ciężarem naprawionego obuwia, po czym westchnął, zawiesił wzrok w jednym miejscu i utonął gdzieś w odmętach nostalgii.

Dwudziestopięcioletni Zygmunt z werwą wziął z półki parę damskich kozaków i położył je na blacie z takim rozmachem, że uderzenie sprawiło, iż piękna dama o blond włosach i jej śliczna, mała córeczka podskoczyły.

– Jak się pan dzisiaj miewa? – spytała lekko roztargniona kobieta i uśmiechnęła się do niego.

– Wyśmienicie! Cały dzień myślałem o tym, że pani dziś mnie odwiedzi i od razu mi się polepszyło – uśmiechnął się Szewc.

– Och, panie Zygmuncie! Ależ z pana kawalarz! – zachichotała kobieta.

– Obcas naprawiony, proszę następnym razem uważać na dziury w chodnikach.

– Będę, dziękuję panu bardzo.

– A dla młodej damy cukierek – rzekł pieszczotliwie Zygmunt widząc niebieskie oczęta wystające z nad lady.

– Co się mówi, Aniu? – spytała się matczynym tonem kobieta.

– Dziękuję – powiedziała dziewczynka głosem słodkim, dziecięcym, jeszcze nieuformowanym.

– Nie ma za co – odpowiedział Zygmunt z uśmiechem.

Kobieta zapłaciła, zabrała buty, wzięła córeczkę za rączkę i wyszły z warsztatu. W progu minęły wysokiego faceta z wąsem, w cienkiej, poplamionej farbą podkoszulce. Panowie podali sobie dłonie.

– I jak leci, Zyguś? – spytał radośnie mężczyzna i poprawił sobie wąsa.

– A świetnie, Józiu. Na szczęście dla mnie ludziom wciąż się psują buty  – roześmiał się Zygmunt. – Już zaglądam. Półbuty, czarne, dobrze pamiętam?

– Tak jest – przytaknął Józef.

Zygmunt wyciągnął tłusty, krwisto-czerwony zeszyt i zaczął wertować kartki, co stronęśliniąc zaklejony plastrem wskazujący palec. Było tam wiele nazwisk, wielu klientów, których teraz badał bystrymi oczami, wertując i skanując z góry na dół. Pomagał sobie przy tym zaostrzonym ołówkiem, za pomocą którego powoli prowadził swój wzrok i nie pozwalał mu się zgubić wśród lasu liter i cyfr.

– Trzydziesty… – mruczał do siebie – Borowiec… Borowiec… Boro… O! Jest pan! Ależ Józiu, to na jutro miało być.

– Ach, tak? Pokiełbasiło mi się coś… – rzekł zakłopotany Józef i podrapał się po głowie.

– Zaraz zobaczymy, co się da zrobić – Zygmunt mrugnął do Józefa, zamknął notes, aż podmuch powietrza zmiótł kurz z blatu i odwrócił się do półek z butami.

Oparł dłonie o biodra i w zamyśleniu zaczął szukać, a nie było to łatwe, bo towarzystwo leżało tam rozmaite. Poczynając od eleganckich i dystyngowanych półbutów, przez ciepłe, urocze, wypchane kożuchem trapery na zimę, rosyjskie walonki, drapieżne kozaki, apetyczne i powabne buty na obcasie, robotnicze buciory, młodzieńcze trampki, buty z wysokimi cholewami i z niskimi cholewkami, zwiewne, hermesowe sandały, klapki, aż wreszcie kończąc na zwykłych, ciepłych, domowych kapciach.

– Czytałem ostatnio ciekawy artykuł – zaczął Józef.

– Tak? Jaki? – spytał Zygmunt, ale był zbyt pochłonięty analizą obuwia i ledwo słuchał Józefa.

– O obuwiu, a raczej sklepach obuwniczych na Zachodzie, gdzie ludzie mogą wymieniać popsute buty na nowe! Rozumiesz, pan? Sprzedawcy dają im kilka lat gwarancji i ten system działa.

– Nonsens. Bzdury jakieś. W jakim sklepie wymienią ci zepsute buty na nowe! – Zygmunt zaśmiał się ironicznie.

– Wiesz… Tak pomyślałem sobie, że może powinieneś pomyśleć nad jakimś dodatkowym zajęciem? Tak w razie czego…

– Zobacz, Józiu, ile mam tu roboty – Józef znalazł rzeczonego półbuta i zaczął go oglądać. Był zdarty na czubku i odchodziła mu podeszwa. – Nie… Nie wyrobię się dzisiaj. Na jutro będzie.

– Czyli tak jak było zaplanowane. Nie ma problemu.

– A wracając – Zygmunt spojrzał na Józefa. – Dopóki ludzie będą chodzić w butach, a z pewnością będą, to jest dla mnie przyszłość.

Zygmunt uśmiechnął się, odłożył buta na półkę, po czym odpalił fajkę i zamyślił się.

Popiół opadł z papierosa na posadzkę, mały tlący się ogień oparzył starego szewca w palec. Zygmunt ocknął się z zadumy. Miał przed sobą teraz puste, pokryte kurzem i pajęczyną, drewniane półki. Blado-czerwony zeszyt leżał rzucony w kąt. Szewca ścisnęło serce i po chwili diamentowa łza spłynęła po czerwonych policzkach. Spojrzał na datę w kalendarzu. Był trzydziesty stycznia dwa tysiące dwudziestego pierwszego roku. Dokładnie trzydzieści pięć lat temu spełnił swoje dziecięce marzenie i otworzył swój warsztat.  

Jako mały chłopiec zawsze latał do starego mistrza Jerzego Schmidta i z zainteresowaniem obserwował przez wielką witrynę, jak mistrz naprawia buty, jak czaruje, wypowiada zaklęcia, dzięki którym zepsute obuwie staje się nowym. Uwielbiał patrzeć na jego pracę, którą wykonywał z pasją, niczym kowal ludzkich losów, wykuwający im drogę, którą mieli podążać. Widział go oczami wyobraźni, widział wdzięcznych, śmiejących się ludzi i był pewien, że to jest to, co chce robić w przyszłości. Gdy dorósł, zaczął pobierać nauki w tym fachu. Zygmunt wierzył, że dzięki jego żmudnej pracy, ludziom będzie się lepiej chodziło po tej czarnej ziemi. Nie spodziewał się tylko, że kilkadziesiąt lat później, zamiast naprawiać stare przedmioty, zaczną je wymieniać na nowe.

Swój warsztat Zygmunt umieścił w lokalu mieszczącym się w sercu miasta, zaraz obok dworca, będącego aortą przemieszczających się mas podróżnych. Wiedział, że w tym pulsującym epicentrum znajdzie wielu klientów i nie mylił się. Jego interes prosperował intratnie, aż do czasu, gdy osaczyły go dwie masywne galerie handlowe. Chmara sklepów z butami, tańsze fabryczne wyroby, mechaniczne usługi szewskie i wymiana butów za niewielką cenę zrobiły swoje. I tak nowoczesność zmiotła Zygmunta z ulicy Stawowej. Jego warsztat upadł.

Miesiąc później jego stare, wierne buty odmówiły mu posłuszeństwa i całkiem się rozleciały. Poszedł więc do galerii, do jednego ze sklepów obuwniczych, by kupić nową parę. Podczas, gdy przymierzał półbuty, podeszła do niego managerka sklepu.

– Pan Zygmunt? – spytała niepewnie.

– Tak? – spojrzał na nią, nie rozpoznając twarzy.

– Pan mnie pewnie nie poznaje, kiedyś przychodziłam z mamą do pana pracowni – uśmiechnęła się, a jej błękitne oczy rozbłysły. Widząc, że starzec wciąż nie potrafił sobie przypomnieć prędko dodała – pan zawsze dawał mi cukierka. Anna Kwiatkowska, córka…

– Pani Aliny! Mój Boże, ależ pani wyrosła! – zachwycił się Zygmunt. – Piękna jak pani mama.

– Dziękuję – Anna zarumieniła się. – Jak interes idzie, panie Zygmuncie?

– Och, nieciekawie – westchnął szewc. – Musiałem zamknąć warsztat. Już niestety nie te czasy, co kiedyś.

Zygmunt rozglądnął się z utęsknieniem po nowoczesnym, sterylnym sklepie obuwniczym. Każdy z butów stał równo, nie było tu miejsca na żaden chaos.

– Nie chciałby pan tu pracować? – spytała Anna widząc szklący się wzrok szewca – Poszukujemy ludzi z doświadczeniem.

– Oj, nie wiem czy dałbym radę.

– Z taką wiedzą o butach jaką pan posiada, ja bym się nie martwiła – uśmiechnęła się.

– Mogę spróbować – nieśmiało przystał na jej propozycję, nie wiedział jednak, czy będzie w stanie poradzić sobie w tym nowoczesnym świecie.  

– W takim razie załatwione! – powiedziała uradowana Anna.

Tydzień później Zygmunt rozpoczął trzymiesięczny okres próbny, jako asystent sprzedaży. Pracował sumiennie. Najbardziej cieszył go fakt, że znów mógł przebywać w otoczeniu butów.

Po miesiącu Anna wezwała go do swojego biura.

– Niestety, ale nie przedłużymy z panem umowy – powiedziała lekko zakłopotana. – Nie realizuje pan celów ustalonych przez firmę. W minionym miesiącu sprzedał pan tylko dziesięć par butów. Musi pan zrozumieć, że centrala liczy na efekt. Napiszę panu dobre rekomendacje. Przykro mi – dodała nieśmiało.

Zygmunt pokiwał w milczeniu głową. Wychodząc ze sklepu minął kurierów wwożących na wózkach kasy samoobsługowe. Kupił kilka bułek w supermarkecie i pojechał tramwajem do parku karmić gołębie. Nowe buty okazały się bardzo wygodne.