Przemo C.

            Siedzieliśmy w kuchni i chlaliśmy wódę. Był moim szefem, ale w tym momencie to nie miało znaczenia. Poziomy naszych stanowisk wyrównały się, niczym w socjalistycznej utopii. Zamiast przełożonego i podwładnego, kierownika i zwykłego robola, przy stoliku mierzyli się znajomi od flaszki. Wziąłem kieliszek i polałem od serca, aż trochę ulało się na ceratę.

            – Panie kierowniku… – podałem mu szkiełko z przeźroczystym trunkiem.

            – Młody – przerwał mi podnosząc dłoń. – Tutaj mów mi Przemo. Ale przy chłopakach się nie zapomnij.

            Kurwa, czterdziestoletni chłop i każe mówić do siebie „Przemo”. Zupełnie, jakby całe życie kiblował w szóstej klasie.

            – No dobra – odpowiedziałem.

            Opróżniliśmy nasze szkła, po czym znów napełniłem kieliszki Żubrówą, kupioną z pod lady w jednym z polskich sklepów. W Londynie fajki i wódę opłaca się nabywać tylko w ten sposób. Przemo wyciągnął paczkę białych Marlboro, zdjął folijkę, otwierając zerwał akcyzę i poczęstował mnie papierosem. Odpaliłem. Trochę dziwnie smakował.

            – Kurwa, coś dziwnie smakują, nie? – skrzywił się Przemo.

            – Odrobinę – przytaknąłem.

            – Podróby… – ocenił fachowym okiem.

            Miał twarde, wysmagane przez życie rysy. Nie jeden raz już dostał w kość. Ogolona lecz wciąż z widocznym, rosnącym zarostem twarz była jak jedna z tych zakurzonych encyklopedii, położonych gdzieś na półce w widocznym miejscu, której głównym zadaniem jest tylko stać i żółknąć. Nikt po nią nie sięga, nikt się nie interesuje. Przema też nikt nigdy o nic nie pytał, nikogo też to za bardzo nie obchodziło. Był w końcu naszym szefem, naszym kierownikiem, naszym wielkim kapo. Wielką stukilogramową kupą tłuszczu i mięcha, która chodziła po rusztowaniu i wrzeszczała po wszystkich swoim mocnym, zdartym, generalskim głosem. Byłem jedyną osobą, która nie bała się do niego podejść i zagadać, jedyną która czuła przed nim respekt, a nie strach.

            I właśnie mi, jako jedynej osobie z naszej grupy, nie płacił na czas. Tym razem zwlekał aż tydzień. Moje fundusze powoli zaczynały równać się zeru, więc musiałem go odwiedzić. Skończyliśmy już jedną flaszkę, przed sobą mieliśmy pół drugiej, a ja już czułem w głowie balet, piękne dupy w obcisłych trykotach wywijały piruety w rytm „Jeziora Łabędzi”.

            – Przemo… – zacząłem lekko bełkocząc. – Ty wiesz, że ja cię szanuję.

            – No wiem, młody – pokiwał z aprobatą Przemo. – Ja ciebie też szanuję. I to tak w chuj. Jesteś moim najlepszym pracownikiem. Inni… są chuja warci.

            –  Nie obraź się. Coś ci powiem ­– nachyliłem się w jego kierunku, aby nadać sytuacji powagi.

            – No, słucham… – Przemo również pochylił się nad stołem.

            Przez chwilę milczeliśmy, starałem się zebrać myśli. Przemo zamlaskał.

            – Musisz mi zapłacić – wypaliłem.

            – A nie zapłaciłem ci? – zdziwił się Przemo.

            – No nie, nie zapłaciłeś. Tydzień mija, a mnie już kasa się skończyła. Tak nie może być, Przemo. Za każdym razem muszę się upominać.

            – Wiesz, co? Szanuję cię, młody.

            – Przemo…

            – Ale czekaj. Daj mi dokończyć. Szanuję cię, bo miałeś odwagę przyjść i powiedzieć mi to w twarz – tu wskazał na swoją twarz. – Zapłacę ci. Ale teraz nie mam.

            – Przemo, ale jak to, kurwa, nie masz?!

            – No nie mam przy sobie. Co ty myślisz, że ja trzysta funtów w kieszeni od dresów noszę? – zarechotał. – Marysia musi wrócić z pracy. Wyciągnie mi po drodze pieniążki i ci zapłacę. Już do niej piszę.

            – No dobra… – przytaknąłem, dając mu szansę na naprawienie błędu.

            – A tymczasem…

            Przemo wziął butelkę, polał, po czym wyciągnął przedpotopowy telefon z klawiaturą i zaczął pisać wiadomość. Albo był zbyt pijany, albo nie radził sobie z tak zaawansowaną techniką, bo szło mu to dość opornie. Z każdym wciśniętym klawiszem słychać było charakterystyczny tonalny dźwięk, który wrzynał mi się w mózg i dziurawił zwoje w równych odstępach. Zacząłem się irytować.

            – Możesz ściszyć to cholerstwo? – warknąłem.

            – Ale o co ci chodzi? – spytał zdziwiony.

            – Telefon. To małe gówno, które trzymasz w dłoni. Wycisz go, bo zaraz mnie pojebie.

            – Ale… co ty… kurwa, taki agresywny do mnie?! Co ty… kurwa… stawiasz się?!

            – Ta cegła mnie wkurwia.

            – Sam jesteś cegła, kurwa.

            Spojrzałem nie niego. Oczy jak małe kurwiki, filetowały mnie jak karpia na wigilię. Nozdrza rozchyliły się jak bykowi i przysiągłbym, że buchała z nich para, gdybym nie był pijany. Przemo coraz mocniej zaciskał dłoń na swojej cegiełce z guzikami.

            – Dobra… spokój już… – powiedziałem próbując rozluźnić atmosferę, którą można byłoby pokroić nożem jak ciasto.

            Przemo coś burknął pod nosem i wrócił do mozolnego pisania wiadomości. Zapanowała martwa cisza przerywana jego głośnym, pełnym skupienia sapaniem oraz wciskaniem kolejnych klawiszy. PIK. PIK. PIK. Kurwa, PIIIK.

            – Idę do klopa – stwierdziłem, wyciągnąłem fajkę z leżącej na stole paczki i poszedłem odcedzić kartofle. Przemo nie zwrócił na mnie najmniejszej uwagi.

            Wszedłem do łazienki z fajką w ustach i zostałem znokautowany przez fiolet. Wszystko było fioletowe – dywaniki, kafelki, mydło w płynie, mydło w kostce, ramki w oknach, wanna, nawet jebana deska klozetowa była pokryta jakąś fioletową, puchatą narzutką. Oszołomiony tym nagłym uderzeniem koloru doczłapałem do kibla, otworzyłem klapę i co? Fioletowa, pachnąca jebaną orchideą i domestosem woda. Zrobiło mi się niedobrze, więc szybko wyciągnąłem fiuta i lekko kołysząc się na boki zacząłem oddawać mocz. Dla utrzymania równowagi podtrzymałem się opierając ręką o ścianę i albo widziałem podwójnie, albo miałem jakieś omamy, ale sikałem dwoma strumieniami. Jeden, po bożemu trafiał wprost do wody, drugi zaś, pieprzony dezerter, skapywał mi ciurkiem wprost na spodnie, brzeg porcelany oraz fioletowy dywanik. Próbowałem to opanować, ale skończyło się na tym, że oszczałem sobie krocze, nogawkę i dłonie. Spuściłem wodę, umyłem ręce, wytarłem papierem toaletowym porcelanę i spodnie, co niestety nic nie dało – dalej widniała na nich mokra plama, wrzuciłem papier do ubikacji, poczekałem aż woda napłynie do zbiornika i znów ją spuściłem. Po chwili zebrało się mi na wymioty i wylałem kolorowego, nie-fioletowego pawia wprost do kibla. Czując ulgę przepłukałem usta, znów uwolniłem wodospady i kaskady wody, która zabrała moje arcydzieło sztuki naturalistycznej wprost do kanalizacji i wyszedłem z łazienki.

            Przemo wciąż dziubał w klawiaturę telefonu. Swoimi grubymi paluchami wciskał kilka klawiszy naraz. Usiadłem i zapaliłem papierosa.

            – Co cię tak długo nie było? – spytał.

            – Rzygałem – zauważyłem, że lekko się skrzywił, więc szybko zmieniłem temat. – Co z żoną? Kiedy przyjdzie?

            – Kurwa… Racja… Powinna zaraz być. A ja jeszcze do niej nie skończyłem pisać… – odłożył telefon na stół. – Która godzina?

            – Przecież przed chwilą miałeś telefon w ręku.

            – No miałem, ale nie sprawdziłem.

            – Ja pierdole… – spojrzałem na zegarek. O dziwo, było nawet wcześnie. – W pół do ósmej.

            – Pierdzielisz. Kurwa, powinna tu być już od pół godziny – wziął butelkę i polał nam po kieliszku. – Jak ja ją kocham… Zabiłbym tego, który by chciał ją skrzywdzić.

            – No to, jej zdrowie! – wzniosłem kieliszek.

            – Marysia. Zdrowie Marysi! – poprawił mnie Przemo, stuknęliśmy się szkłem i napiliśmy, namiętnie krzywiąc mordy pod ten romantyczny toast.

            – Ja jeszcze na taką nie trafiłem – stwierdziłem z nutką melancholii.

            – Trafisz w końcu. Młody… Życie przed tobą!

            – Nie wiem… Może to przez brak ufności… A może po prostu jestem walnięty… Boję się poważnych związków. Boję się, że będę taki jak moi starzy.

            – Czyli?

            – Moje dzieciństwo, to był koszmar. Ojciec alkoholik prał mnie i matkę… Nie chcę być taki jak on…

            – Ale młody, to twoje życie. Dobry chłopak z ciebie.

            – Może i racja… w sumie to mam wstręt do przemocy.

            – Przemoc to nie jest rozwiązanie. W żadnym wypadku. Trzeba rozmawiać. ROZMAWIAĆ.

            – Tak.

            – I pod ten brak przemocy – Przemo polał po kieliszku. – Napijmy się. Zdrowie.

            – Zdrowie!

            Wypiliśmy. Poczułem nawrót pawia, więc rzuciłem się do zlewu i narzygałem do niego. Przemo roześmiał się. Nagle drzwi wejściowe otworzyły się i weszła kobieta. Wyglądała bardzo mizernie. Emanowała aurą chronicznego przemęczenia. Przerzedzone włosy, zapewne niegdyś piękne i gęste, opadały na jej bladą, zniszczoną twarz. Najbardziej przerażająca była pustka w jej oczach.  W dłoniach trzymała pełne siatki zakupów, które położyła na podłodze.

            – Jesteś wreszcie! – krzyknął Przemo, po czym wstał i podszedł do niej. – Co tak długo?!

            – Przemysław, odejdź. Jesteś pijany – odepchnęła go od siebie.

            – Nie jestem.

            – Jebie od ciebie wódą!

            – Jak ty, kurwo, do mnie powiedziałaś?! – Przemo uderzył Marysię w twarz z otwartej dłoni. Ta złapała się za obolały policzek. – Nie będziesz mnie obrażać przy gościu! Masz pieniądze?!

            – Jakie pieniądze? – wyjąkała Marysia.

            – Jakie pieniądze?! Tępa jesteś?! Przecież pisałem ci!

            – Nic mi nie wysłałeś.

            – Kurwa, dla siebie wzięłaś! – Przemo zaczął ją szarpać. – Pokaż torebkę. Pokaż!

            – Spierdalaj!

            Przemo uderzył ją jeszcze raz w twarz, po czym zacisnął pięść i zamachnął się na nią, szybko rzuciłem się na niego i odciągnąłem go do tyłu, co nie było łatwe, ze względu na sporą różnicę wzrostu i tuszy pomiędzy nami. Wytargał się z mojego uścisku i odwrócił w moja stronę. Jego twarz nabrała koloru purpury, jak dywaniki w łazience.

            – I ty, kurwa, na mnie?!

            Przemo wyprowadził potężny cios w moim kierunku. Zrobiłem szybki unik i uderzyłem w przeponę. Marysia krzyknęła. Grubas zaczął się dusić, ale to nie powstrzymało go od tego, żeby mnie zaatakować. Rzucił mną o stół, z którego sturlało się całe szkło. Upadłem na podłogę. Zanim się zorientowałem, Przemo siedział na mnie i zacisnął swoje łapska na mojej szyi. Był pełen furii. Z oczu parowała nienawistna zawziętość, z ust ciekła ślina. Traciłem oddech. Próbowałem go uderzać w żebra, jednak fałdy tłuszczu amortyzowały każdy mój cios. Marysia rzuciła się na niego i próbowała go odciągnąć. Lewą dłonią wyczułem butelkę leżącą obok. Pochwyciłem ją i z całej siły uderzyłem go w głowę. Szkło rozprysło się, krew rozbryzgła i po chwili Przemo leżał obok, nieprzytomny z wbitymi kawałkami szkła w skroń. Twarz miał całą poharataną. Próbując złapać oddech podniosłem się i usiadłem na krześle.

            – Coś ty zrobił… – Marysia cała dygotała. – Zabiłeś go. Zabiłeś go!

            Rzuciła się na mnie z wyciągniętymi pazurami, lecz złapałem jej ręce i odepchnąłem ją od siebie. Po chwili zaczęła wyć.

            – Dzwoń po pogotowie! On nie żyje! Zabiłeś go! Przemek! Obudź się!

            Krew spływała mu po twarzy i niknęła pod koszulą. Wciąż zszokowany wyciągnąłem telefon i zadzwoniłem po ambulans.

            – Będą tu za jakieś dziesięć minut… Może szybciej… – powiedziałem beznamiętnie.

            Marysia, jak w transie, pokiwała głową, wstała i poszła do ubikacji. Przez drzwi słyszałem, że dzwoni na policję. Ja siedziałem i patrzyłem na nieruchome ciało szefa. Obok niego zauważyłem zwinięte banknoty. Podniosłem je i przeliczyłem. Trzysta funtów. Położyłem je z powrotem na podłodze i zapaliłem papierosa. W odmętach nocnej ciszy słyszałem nadciągającą, rozdzierającą sygnałem karetkę. Wszystkie emocje nagle gdzieś zniknęły. Nigdy w życiu nie byłem bardziej spokojny. Nigdy wcześniej nie byłem tak pewien swojej przyszłości.