Plama po kawie, która nie schodzi

            Pieprzyliśmy się od roku, gdy nagle coś między nami przygasło, jakby jedna ze stron straciła zainteresowanie. Doszedłem do wniosku, że to musiała być ona – ja wciąż byłem na nią napalony. Nie było miedzy nami cukierkowo, ale mi to akurat odpowiadało – słodkości są dla dzieciaków wstydzących się trzymać za ręce podczas spaceru. Nas wypełniał ogień, który wciąż podsycaliśmy. Byliśmy jak dobry krwisty stek przygotowany przez najlepszego kucharza w pięciogwiazdkowej restauracji. I nagle nie miałem pojęcia, co się stało. Ten smakowity kęs stał się trudną do przeżucia, irytującą masą, która zostawała między zębami i musiałeś dość mocno się natrudzić, żeby ją wygrzebać.

            Spotkałem się z Lilią w kawiarni. Miałem na sobie czarny, znoszony i skłaczony płaszcz. Łeb pulsował mi zawziętym bólem, będącym jednym z symptomów parujących wyziewów alkoholowych. Czułem się okropnie i wyglądałem okropnie, wprost przeciwnie do niej – pięknej i kwitnącej. Była ubrana w seksowny biały sweterek, na który opadały długie, kasztanowo-jesienne włosy, a obcisłe dżinsy opinały jej tyłeczek. Wczoraj zalałem pałę próbując napisać wiersz o piciu. Skończyło się na tym, że szukając natchnienia znalazłem dno butelki, Lilia wkurwiła się i gdy poszliśmy spać wykopała mnie z łóżka. Być może chrapałem. Obudziłem się z twarzą przyciśniętą do wykładziny. Mój język przylepił się do podniebienia, a wyschnięte gardło przypominało starą, chropowatą korę drzewa. Oczywiście nic nie napisałem. I teraz tak siedziałem naprzeciwko niej, miażdżącej swoim pięknem moją obolałą, skacowaną brzydotę. Milczała i gapiła się w telefon. Była nieobecna, niereagująca na moje bodźce, a jednak była. Przyszła spotkać się ze mną, wykorzystując na to swoją przerwę w pracy, by przyjąć moje przeprosiny i uwielbienie dla jej boskiej istoty. W swoim milczeniu odczuwała sadystyczną przyjemność; robiła to wiedząc, że jest ono dla mnie największą torturą.

            – No powiedz coś wreszcie… – jęknąłem wybałuszając przekrwione gały. Potrzebowałem kawy. Kelnerka nie śpieszyła się ze swoją robotą. – Odezwij się…

            Lilia jednak nie spełniła mojej prośby. Słyszałem tylko stukanie palców o ekran. Niech piekło pochłonie wynalazcę wi-fi, już bym wolał żeby gapiła się przez okno. Nie odnosiłbym wrażenia, że z kimś w tej chwili pisze. Zacząłem się irytować. Każde puknięcie w ekran było jak dźgnięcie palcem w oko. 

            – Chodzi ci o to, że się upiłem? – dopytywałem, nie dostając nic w zamian, żadnej pieprzonej odpowiedzi. Moje słowa odbijały się od niej i wracały do mnie. – Przecież wcześniej ci to nie przeszkadzało. Lilia. Lilia. No… Odezwij się… Oszaleję…

            Nagle zwróciła na mnie swoje diabelskie oczy, przepełnione żarem i wściekłością.

            – Nie chodzi mi o to, że się upiłeś. Ani o nic innego – wycedziła przez zaciśnięte zęby. – Przypomnij sobie, co wczoraj odjebałeś.

            Zatkało mnie. Kelnerka przyniosła kawy.

            – Latte? – spytała.

            – To dla mnie – powiedziała Lilia najsłodszym głosem, a kelnerka podała jej szklankę.

            – W takim razie dla pana cappuccino?

            – Dobrze kombinujesz – uśmiechnąłem się, a śliczne dziewczę przewróciło oczami, podało mi filiżankę, odwróciło się i odeszło. Miała niezły tyłek.

            Usłyszałem głośne dzwonienie łyżeczki o ściany szklanki. Lilia posłodziła kawę. Opamiętałem się i uczyniłem to samo. Muszę się skupić. Co ja takiego zrobiłem? Jak, do cholery, mam tu funkcjonować?!

            – Nadal nic?! – warknęła, po czym siorbnęła swoją Latte.

            Pokręciłem przecząco głową. Pustka. Urwany film. Nic. Jak jakaś wielka dziura, w którą wpadam i topię się w jej czerni.

            – Nie do wiary… – powiedziała z zażenowaniem Lilia. – Ty człowieku wstydu nie masz?!

            – Nie no… Wstydzę się… – wydukałem. – Na przykład teraz… Ogromnie mi wstyd… Tylko, Lilio, nie bardzo wiem, czego mam się wstydzić…

            – Nie wiesz. – Lilia nabrała powietrza, tak jakby czekało ją długie i ciężkie oświadczenie. – Najebałeś się wczoraj bez powodu.

            Czyli jednak chodziło o picie.

            – Kwiatuszku, ja…

            – Nie przerywaj mi! Nienawidzę, gdy mi przerywasz!

            – Już dobrze… Przepra…

            – NIE PRZERYWAJ! – krzyknęła Lilia, a ludzie siedzący wokoło zaczęli zerkać na nas ukradkiem. Czułem, jak ich wzrok spala mnie na popiół. Napiłem się kawy. – Najebałeś się w trzy dupy. Nie było z tobą żadnego kontaktu, nic. – Zaznaczyła, po czym teatralnie załamując głos dodała – tak nie może być.

            Była na granicy płaczu. Musiałem temu jakoś zaradzić.

            – Dobrze…

            – Nie. Nie dobrze. Jeszcze nie skończyłam.

            – Ok.

            – Byłeś jak zwłoki. Nic! Zero reakcji! Leżałeś na plecach. I nie… Nie zacząłeś chrapać. Nagle podniosłeś się i narzygałeś za łóżko. Obrzygałeś całą szafkę i ścianę. Kurwa… Nie widziałam bardziej obrzydliwej rzeczy. Ale i tak nic do ciebie nie docierało. Skończyłeś i poszedłeś spać dalej.

            – I dlatego mnie wykopałaś z łóżka?

            – Pojebało cię?! Czy ty zrozumiałeś, co ja przed chwilą powiedziałam?!

            – No tak…

            – No chyba nie do końca. Cały pokój śmierdział rzygami. Chyba nie wyobrażasz sobie, że spałam w tym smrodzie.

            – Więc… Gdzie spałaś?

            Nastała chwila milczenia. Lilia wbiła we mnie wzrok, niczym fechmistrz wbijający szpadę w ciało przeciwnika i zaczęła wiercić. Gotowało się w niej, tak że powieka zaczęła jej drgać, a ona sama dygotać. Ja miałem pustkę w głowie. Nadeszła kelnerka.

            – Smakuje państwu? – Spytała grzecznie.

            Nic nie odpowiedzieliśmy. Lilia nieustannie przebijała mnie na wylot. Zaschło mi w gardle.

            – Proszę pana? Coś podać jeszcze?

            – Może… Wody? – Powiedziałem niemal szeptem, nie będąc w stanie przyozdobić swojego głosu żadną barwą. Zabrzmiałem niemal bezdźwięcznie, czując jak zaczynam płonąć.

            – Proszę? – Kelnerka podniosła ton, jakby to miało pomóc jej usłyszeć, co mówię.

            – Wody… – wykrztusiłem.

            – Musi pan mówić głośniej! Nic nie słyszę!

            Czułem jak wiruje mi w żołądku, a wnętrzności powoli podchodzą do góry. Nadchodziła erupcja gorącej, wulkanicznej lawy, która nagle z prędkością wody wystrzelonej przez gejzer znalazła się w mojej jamie ustnej. Wydęło mi policzki i szybko zakryłem usta dłonią. Kelnerka odskoczyła, a Lilia walnęła pięścią w stół. Moc uderzenia spowodowała, że jej latte przewróciło się w moją stronę, wylewając całą wrzącą zawartość na koszulę i spodnie. Krzyknąłem oparzony i wypuściłem pawia na blat stołu, który idealnie wypełnił cappuccino, a także zmieszał się z lejącą się latte, tworząc różnokolorową, śmierdzącą breję.

            – NIENAWIDZĘ CIĘ! – Ryknęła Lilia, podczas gdy ja czułem kolejną nadchodzącą falę. – JESTEŚ OBLEŚNY! WSTYD MI! WSTYD! JAK MOGŁAM W OGÓLE Z TOBĄ WYTRZYMAĆ ROK!

            Odwróciłem się szybko i narzygałem na buty kelnerki, która głośno przeklęła mnie i moją matkę. Lilia wstała i wybiegła z kawiarni. Podniosłem głowę, wytarłem usta i rozglądnąłem się. Ludzie gapili się na mnie z zażenowaniem i obrzydzeniem. Jakiś dzieciak nagrywał mnie telefonem. Atmosfera gęstniała od wrogości, w kawiarni zapanował niemy ostracyzm nad moją personą. Nie mając już nic do stracenia, wyciągnąłem paczkę fajek, a z niej pogiętego papierosa i odpaliłem. Mocno się zaciągnąłem i ostentacyjnie wypuściłem dym z ust. Kiedy myślisz, że wszystko jest dobrze, że między wami się zajebiście układa – tak nie jest. Jest całkiem na odwrót. Dziwna ta układanka.

            – Nie może pan tutaj palić.

            Kelnerka stała nade mną z mopem i wiadrem.

            – W porządku. – Powiedziałem i puściłem kółko.

            – Musi pan opuścić ten lokal.

            – WEŹ STĄD WYPIERDALAJ! – odezwał się z głębi kawiarni jakiś Sebix w czapce z daszkiem, który poczuł się ostatnim sprawiedliwym obrońcą moralności.

            Włożyłem fajkę do ust, wstałem, wyciągnąłem z mokrych spodni banknot dwudziestozłotowy i w amerykańskim stylu rzuciłem go na blat.

            – Reszty nie trzeba. – Zmarszczyłem czoło i wypuściłem dym.

            – Emm… Tu brakuje czterech złotych i dziesięciu groszy. – Powiedziała kelnerka.

            – Tak? – Zacząłem grzebać po kieszeniach, lecz nic nie znalazłem.

            – Dobra, idź pan stąd! – Kelnerka machnęła na mnie mopem.

         Wyszedłem z kawiarni z oblanym kroczem, w zarzyganym płaszczu, z fajką w ustach i miałem gdzieś, tę całą kawiarnianą menażerię. Była piękna, słoneczna niedziela. Dwunasta w południe. W pokoju waliło rzygami i stęchlizną, więc otworzyłem okno. Nalałem sobie drinka, usiadłem przed laptopem, otworzyłem Worda i napisałem pierwsze zdanie opowiadania: „Pieprzyliśmy się od roku, gdy nagle coś między nami przygasło, jakby jedna ze stron straciła zainteresowanie”.