Piękny  Świat

            Przez drzwi Oddziału Położniczego w Szpitalu Świętego Augustyna wszedł wysoki, szpakowaty mężczyzna ubrany w czarny garnitur idealnie odpowiadający jego posępnej aurze. Oczy miał szare, zimne, a twarz skutą lodem popękanych zmarszczek. Mężczyzna szybko otaksował wzrokiem całą recepcję. Pomieszczenie, w którym się znajdował, było stare i zaniedbane, z brudnymi, pożółkłymi ścianami i wiszącą nad jego głową migającą jarzeniówką, dającą lekko stroboskopowy efekt. Powietrze gęstniało od niemowlęcych wrzasków, smrodu gówien zmieszanego z papierosowym dymem oraz czegoś ciężkiego, niewidzialnego i nienamacalnego, a niezwykle odczuwalnego. „Najlepszy szpital w całym mieście” – pomyślał z pogardą mężczyzna i skierował się w prawo, skąd dobiegał krzyk setek małych, rozdzieranych gardeł.

            Szedł powoli, lecz pewnie. Wzrokiem lekko omiatał korytarz. Przeraźliwy niemowlęcy płacz dobiegający zza ścian niejednemu zmroziłby krew w żyłach, lecz na nim nie robił żadnego wrażenia – jego krew, niegdyś gorąca i pulsująca, już dawno oziębła i zwolniła swój nurt. Szurając butami po lepkiej podłodze w końcu dotarł na koniec korytarza, gdzie w ścianie znajdowała się olbrzymia, upaćkana szyba, oddzielająca go od pomieszczenia z inkubatorami.

            Mężczyzna wyciągnął srebrną zapalniczkę z wygrawerowanymi literami M.M., otworzył, wyjął jednego papierosa i włożył go do ust. Odpalił go za pomocą srebrnej benzynówki. Lekko się zaciągnął i czując satysfakcję wypuścił dym nosem, po czym zaczął przyglądać się noworodkom.

                   Każde z nich było upośledzone i zdeformowane. Jedne zamiast rąk miały dwa kikuty z wystającymi palcami, drugim nogi kończyły się w kolanach, a inne były całkiem ich pozbawione. Kadłubki, połówki, najrozmaitsze kształty tułowia, skrzywienia, wybrzuszenia i wklęśnięcia. Niektórym palce nienaturalnie rosły we wszystkie strony, a niektórym nie rosły wcale. U jednych w dłoni dominowało od siedmiu do ośmiu palców, a inne miały ich tylko trzy. Niemowlęta wiły się jak małe, białe larwy i okropnie płakały, jakby swoim płaczem chciały obwieścić światu, że wiedzą, jak ciężka czeka ich przyszłość, że już na samym starcie ktoś postawił na nich krzyżyk. Na pewno wiedział o tym mężczyzna, który przyglądał się im bez najmniejszego wzruszenia. Wciągnął dym do płuc i lekko się zakrztusił.

            – CO PAN WYPRAWIA?!

            Z końca korytarza zmierzała w jego kierunku filigranowa pielęgniarka w starym, poplamionym, lekko żółtawym fartuchu. Miała założone wielkie okulary, które nienaturalnie powiększały jej oczy. Podeszła do palącego mężczyzny i oparła dłonie o biodra.

          – SŁYSZY MNIE PAN?! CO PAN SOBIE WYOBRAŻA! NIE WOLNO TU TAK PO PROSTU SOBIE WCHODZIĆ I… – Nagle przerwała swoją piskliwą perorę i złapała się za usta. Mężczyzna nie zwrócił na nią najmniejszej uwagi. – Niech pan mi wybaczy… Ja… Ja… Ja pana nie rozpoznałam… Naprawdę… Nie wiedziałam, że…

            – Zawołaj ją. – rzekł lodowatym, monotonnym tonem mężczyzna, kontynuując przyglądanie się niemowlętom.

            Pielęgniarka pokiwała gorliwie głową i pobiegła przed siebie, po chwili znikając za drzwiami na końcu korytarza.

            „Dzieci są naszą przyszłością”, pomyślał mężczyzna, prychnął z pogardą, zgasił papierosa na posadzce i spojrzał na zegarek. Pięć minut później pojawiła się Margareth, ordynator. Ubrana w niebieską sukienkę, szła pospiesznie, stukając obcasami, których dźwięk odbijał się od ścian i elektryzował całe pomieszczenie.

            – Nie śpieszyłaś się – powitał ją chłodno mężczyzna. – Dobrze wiesz, że to właśnie na czasie mi zależy.

            – Jej tu nie ma – powiedziała Margareth, a mężczyzna na nią spojrzał. – Wciąż trwa poród.

            – Pięć godzin?! – lekko podniósł głos.

            – To ciężki przypadek.

            – Mówiłaś, że to zajmie maksymalnie trzy godziny.

            – Panie Moralsky, tego nie da się zaprogramować.

            – Dobrze już… – Moralsky spojrzał na zegarek. ­– Prowadź.

            Margareth poprowadziła go przez korytarze z obdartymi, pożółkłymi i popisanymi ścianami. Mijali pootwierane na oścież drzwi, przez które można było rzucić okiem na wnętrza szpitalnych pokoi. Leżały w nich wyniszczone i zmęczone kobiety, niektóre z obwisłym zewsząd tłuszczem, który wylewał się zza ciasnych pidżam. Inne kobiety były zanadto wychudzone. Policzki zapadały się, a w miejscu, gdzie powinna być twarz, znajdowała się czaszka pokryta skórą. Wystawały im obojczyki i żebra, które można było dojrzeć przez wiszące na nich ubrania. Pomimo tych skrajności, wszystkie miały jedną cechę wspólną – stara, żółwia skóra, niczym skorupa i łuski, zmarszczki i kurze łapki. Włosy przypominały szczecinę lub słomę na kiju, czekającą tylko na iskrę, która wywoła trawiący wszystko ogień. Kobiety wyglądały jakby całe życie rodziły, rodziły i nie zajmowały się niczym innym, prócz rodzenia; dokładnie tak, jakby wiedziały, że nie czeka je nic lepszego, niż bycie maszynką produkcyjną. Wszystkie jakby pogodzone z losem gapiły się tępo w sufit, po którym łaziły karaluchy, lub oglądały niebieski ekran małego telewizora, gdzie mogły zobaczyć pięknych ludzi i cudowne, kolorowe miejsca udekorowane barytonowym, uspokajającym głosem lektora.

            – Drodzy Państwo, teraz zapraszam na konkurs – kontynuował lektor. – Nagrodą jest pobyt w luksusowym hotelu w Rajskim Zakątku. Piękne pokoje, wygodne łóżka, świeża pościel, darmowe drinki, spa, jacuzzi, basen. Atrakcyjni mężczyźni i piękne kobiety. Musicie do nich dołączyć! Wystarczy, że napiszecie odpowiedź na pytanie: „CO OSTATNIO ZROBIŁEM/ZROBIŁAM DOBREGO DLA PAŃSTWA?”. Wyróżnimy dziesięć najlepszych…

            Margareth i Moralsky minęli pokoje i przeszli przez drzwi prowadzące na porodówkę. Podeszli do jednej z sal, do której można było zaglądnąć przez szybę. Zza ściany dobiegał przerażający wrzask kobiety rodzącej nowe życie w ogromnym bólu.

            – To tu – rzekła Margareth.

        Moralsky spojrzał przez szybę. Na stole leżała rozkraczona blondynka, na oko dziewiętnastoletnia, której młodość dominowała nad nadchodzącym piętnem zniszczenia. Szybko oddychała, parła, płakała i krzyczała. Spocona twarz błyszczała w świetle sztucznych lamp, a krople ciurkiem spływały po skroni i niknęły w brudnej, wyblakłej pidżamie. Przed nią klęczał lekarz, a asystowały mu dwie pielęgniarki. Wszyscy byli ubrudzeni śluzem i krwią.

            – Dlaczego to tyle trwa?! – Moralsky był lekko poirytowany. – Z byle bachorem nie potrafią sobie poradzić?!

          – Trafił się nam poród pośladkowy. Nie mamy możliwości na cesarkę, dobrze o tym wiesz. Takie porody są o wiele trudniejsze. Niewiele dzieci przeżywa.

        – Cud narodzin… – stwierdził Moralsky. – Na Boga, Margareth, przyśpiesz to. Nie mam czasu, żeby przez następne trzy godziny sterczeć z nosem przy szybie i gapić się w jej cipę, czy ten dzieciak wyjdzie czy nie.

            – To nie ode mnie zależy.

            – Czyżby?

            – Pan nic nie rozumie. Nie mam na to wpływu.

            Moralsky spojrzał znacząco na Margareth.

            – To ją może zabić – powiedziała, a jej oczy lekko się zaszkliły.

            – Ona dla mnie umarła dawno temu.

            Margareth spojrzała z nienawiścią na Moralskiego, którego twarz nie wyrażała żadnych emocji. Otrząsnęła się i szybko weszła do sali porodowej. Podeszła do klęczącego lekarza i szepnęła mu coś na ucho. Lekarz odwrócił się w kierunku Moralskiego i spojrzał na niego z przerażeniem. Szybko przywołał pielęgniarkę, wydał jej polecenie, a ta podbiegła do szafki. Z szuflady wyciągnęła strzykawkę i mały pojemniczek z jakimś płynnym środkiem. Następnie napełniła ją przeźroczystą cieczą. Podeszła do kobiety, znalazła żyłę na ręce i wbiła w nią igłę, wpuszczając środek. Blondynka zaczęła szybciej oddychać i głośniej wrzeszczeć. Kurczowo chwyciła się prześcieradła, a po chwili okropnie wygięło ją do tyłu. Odchyliła głowę i mocno zamknęła oczy. Pielęgniarka włożyła jej do ust drewniany wałek, na którym kobieta zacisnęła swoje popsute zęby.

         Moralsky zapalił papierosa i zakrztusił się dymem. Spojrzał na zegarek. Minęła godzina, odkąd zaczął obserwować poród, który dobiegał już końca. Lekarz powoli wyciągał dziecko z wijącej się kobiety. Widział, jak przecinają pępowinę, a po chwili zobaczył dziecko. Różowe, pokryte krwią i śluzem, dziecko idealne. Miało wszystko na swoim miejscu – jedną głowę, dwie ręce, dwie nogi, dwadzieścia palców, oczy, nos i usta, z których teraz wydobywał się przeszywający krzyk obwieszczający całemu światu: „oto jestem”. Było w tym dziecku coś dziwnego, coś nienaturalnego, a zarazem wszystko w nim było normalne i piękne. Dziecko nie miało nawet najmniejszych zdeformowań, co wzbudzało u Moralskiego lekki niepokój.

            Lekarz podał noworodka pielęgniarce, która owinęła go w kocyk. Wszyscy w szoku przyglądali się dziecku. Dawno, bardzo dawno nie widzieli TAKIEGO dziecka. Pielęgniarka podała go matce, która z lekkim przerażeniem, ale i z troską przytuliła je do siebie. Margareth wyszła z sali i podeszła do Moralsky’ego. Ten zaciągnął się papierosem i rzucił go na podłogę, wśród innych petów, po czym mocno przygniótł butem. Papieros lekko zasyczał i zgasł. Kobieta czekała na jego słowa. Obawiała się jego reakcji, dobrze wiedziała, jakie będzie polecenie, jednak gdzieś w głębi mocno walącego serca miała lekką nadzieję. Starała się nie okazywać emocji, starała się zachować swoją twarz twardą i niezmienną jak powierzchnia głazu. Moralsky nie uraczył jej nawet przelotnym spojrzeniem. Wciąż obserwował matkę przytulającą nowo narodzone dziecko.

          – Wiesz, co masz zrobić – powiedział lodowato Moralsky, gasząc ostatnią iskrę nadziei w sercu Margareth. Następnie skierował się do wyjścia, zostawiając ją samą wśród pustych ścian i powietrza gęstniejącego od niemowlęcego płaczu.

          Siedząc w limuzynie, Moralsky rozmyślał. Przez przyciemnione szyby obserwował ze znudzeniem obywateli miasta – bezdomnych, bezzębnych, chodzących o kulach, pozbawionych rąk i nóg, zdeformowanych ludzi. Niezdolnych do pracy, niezdolnych do życia, a mimo wszystko wciąż oddychających, toczących się z trudem, przygarbionych od ciężaru kowadła położonego na ich barki. Żyjących na ulicach lub w poniszczonych mieszkaniach, bez ogrzewania, bez bieżącej wody, wśród brudu, szczurów, karaluchów i innego robactwa, samemu będąc robactwem i brudem. Żyjących wśród piętrzących się stosów plastikowych śmieci, żywiących się pożywieniem zawartym w strzykawkach i tabletkach, kąpiących się w publicznych natryskach. Bez przyszłości i nadziei, bo tacy już byli stworzeni na starcie. A na szczycie tego społecznego garbu, nad tym stosem bezwładnych ciał, nad tym ściekiem odchodów wisiały na budynkach stare billboardy sprzed kilkunastu lat, z wizerunkiem uśmiechającego się lśniącymi zębami bruneta. Obok niego widniał porośnięty bluszczem, wypłowiały napis: „MARTIN MORALSKY. DZIECI SĄ NASZĄ PRZYSZŁOŚCIĄ. KANDYDAT NR 1 NA PREZYDENTA WASZEJ STOLICY”.

            Moralsky uśmiechnął się lekko do swojego wizerunku, wyciągnął papierosa, odpalił, po czym zadzwonił.

       – Widziałem je. Wszystko załatwione, nie ma się czym już niepokoić. Kolejny problem z głowy. Co teraz? – Moralsky zaciągnął się papierosem. – Teraz nadejdą zmiany.

            Moralsky rozłączył się. „Natura sama znajdzie drogę” – pomyślał strzepując popiół do elektrycznej popielniczki w bocznych drzwiach limuzyny – „Nic nie trwa wiecznie. A to tylko puste słowa. Puste idee wygłaszane przez pustych ludzi. Zależało nam na stworzeniu społeczeństwa od podstaw. Społeczeństwa, którym będzie można łatwo sterować. Zakompleksionych potworów ze zdeformowanymi mózgami, niezdolnych do samodzielnego myślenia, podążających za marchewką na sznurku królikami, które sobie wyhodujemy. Pracując, mimo braku zdolności do pracy, zarabiając nie na Państwo, ale na siebie, żyjąc w idealnym medialnym świecie, gdzie mogą leczyć się z kompleksów. Największe zyski leżą u podstaw inwestycji w siebie. Bądź lepszy od innych. Bądź sprytniejszy. Bądź mądrzejszy. Bądź Bogiem.

            Łatwo wykreować nadczłowieka. Wystarczy upodlić resztę społeczeństwa. Dać im posmakować tej marchewki, dać im nadgryźć jej zatruty kawałek i oddalić… ale zostawić w zasięgu wzroku. Narcyzm w czystej, zdeformowanej postaci.

            A jeśli zaczną się rodzić idealne dzieci… To wszystko nam pokrzyżuje plany. Będą wiedzieli, że można… a nie o to nam chodzi, żeby było można”.

           Tak rozmyślając, Moralsky wysiadł z limuzyny, która zatrzymała się przed ratuszem, zgasił peta na chodniku i powoli, nie śpiesząc się, wszedł po schodach i zniknął za mosiężnymi, dębowymi drzwiami.

           Parę dni później Margareth prowadziła starego, zdezelowanego forda przez las na obrzeżach miasta. Na tylnym siedzeniu znajdowała się matka z idealnym chłopcem. Wyglądała już lepiej, mimo to wciąż na jej twarzy widoczne było zmęczenie. Wory pod oczami, szara skóra i przerzedzone, przetłuszczone włosy – w tej chwili kobieta nie martwiła się nimi. Najważniejsze było dla niej to maleństwo, które trzymała na rękach; przytulone do matczynej piersi, spało w poczuciu braku zagrożenia. Matka nie wiedziała, gdzie Margareth ich wywozi. Nie wiedziała, jaki czeka ich los. Była przygotowana na każdą ewentualność, ale wiedziała, że samo psychiczne nastawienie nie wystarczy. „Najważniejsze jest bezpieczeństwo maleństwa. Ono jest nadzieją”.

          Margareth spojrzała w tylne lusterko na kobietę. Ich spojrzenia spotkały się. Szybko zdjęła z niej wzrok i patrzyła dalej na drogę.

        „Pozory”– myślała Margareth – „Najważniejsze to stwarzać pozory. Nie możesz pokazać, że jesteś kłębkiem nerwów”. Odkąd ukradkiem opuściły szpital, a potem pędziły przez miasto, Margareth co chwilę oglądała się za siebie, czy aby nikt czasem ich nie śledzi. To nie mogło ujrzeć światła dziennego. Przemierzały las pod osłoną nocy, niczym przemytnicy, handlarze ludźmi, niczym przestępcy. Skręciły w lewo i zatrzymały się. Reflektory rzuciły światło na starą chatkę stojącą wśród drzew.

           – Już czas – powiedziała Margareth.

         Wyciągnęła ze schowka mały rewolwer i wysiadła z samochodu. Matka otuliła dziecko i też wysiadła. Ucieczka nie wchodziła w grę. Już w tej chwili była uciekinierką. Margareth podeszła do chaty, wyciągnęła kluczyk i otworzyła spróchniałe, skrzypiące drzwi.

            – Chodź! No pośpiesz się! – krzyknęła na matkę, a ta podbiegła i weszła do środka.

       Chatka była pusta. Pośrodku leżał jedynie wielki, perski dywan. Margareth podeszła do niego i zwinęła go, ukazując klapę w podłodze. Otworzyła ją i zapaliła latarkę, po czym zaczęła schodzić po schodkach w dół. 

             – Mam dwa razy powtarzać? – zabrzmiał z dołu poirytowany głos Margareth.

            Matka podążyła za nią. Po chwili schodzenia znalazły się w betonowym bunkrze. Szły korytarzem, rozświetlając drogę małą latarką. W końcu dotarły do drzwi, także z betonu. Panował tu chłód, więc matka otuliła szczelniej swoje dziecko. Przeszły do pomieszczenia.

          Znalazły się w wielkim, przytulnym salonie z sofą, telewizorem i bawialnią, z którego prowadziły korytarze do innych części bunkru. Na sofie siedziała kobieta karmiąca piersią swoje idealne dziecko, w bawialni bawiły się cztery inne trzyletnie idealne dzieci. Były zdrowe. Takie jak kiedyś. Matka była w lekkim szoku.

             – Usiądź. Przygotuję dla was pokój – powiedziała Margareth, po czym udała się do jednego z korytarzy.

           Matka usiadła obok kobiety karmiącej piersią i zaczęła oglądać telewizję. Na jej ekranie zobaczyła Wiadomości, ukazujące dymiące się kominy fabryk. Wszystko komentował dziennikarz.

      – Koncern produkujący przeciwbólowy lek Tabulanol został zamknięty. Tabletki wycofano ze sprzedaży. Z nieoficjalnych źródeł wiemy, że powodem był zatruty składnik. Lek najczęściej kupowały kobiety w ciąży skarżące się na bóle w okolicach brzucha. Na szczęście reakcja Rządu pozwoliła uniknąć poważnych konsekwencji.

            Matka obserwowała ekran telewizora. Spojrzała na swoje idealne dziecko, które spało, zanurzone i bezpieczne w swoim idealnym, pięknym świecie.