PIEKŁO

Wylądowałem na Ziemi. Trochę się zdziwiłem, ponieważ myślałem, że trafię do innego miejsca. Szczególnie po tym, co nawyprawiałem w życiu. Szczególnie po tym, w jaki sposób odszedłem z tamtego świata. Jak widać, nie odszedłem nigdzie, wręcz znalazłem się w tym samym miejscu, w którym skończyłem.

            Leżałem na podłodze w swoim mieszkaniu, tfu, norze. Mała klitka, pokoik wręcz, w którym ledwo mieściło sięłóżko i szafa, a ja pomiędzy nimi; do tego zestawu aneks kuchenny i kibel z wanną. Wypas. Miejsce to niby było takie samo, a jednak… zupełnie inne. Coś się zmieniło, tylko nie wiedziałem, co dokładnie. Słońce, które prażyło dość mocno, jak na poranek, dawało mi się we znaki. Zupełnie, jakby ktoś postawił gigantyczny stadionowy reflektor do mojego okna i chciał mnie spalić. Dosłownie czułem, że płonę, usta miałem spierzchnięte, wyschnięta skóra łuszczyła się jak na żółwiej dupie, ale to nic. Najgorsze było to wysysające mnie pragnienie.

            Rozejrzałem się po pokoju. Prócz walających się w kącie butelek po whisky i winie, i wysypujących się z kosza puszek po piwie, nie było niczego, czym mógłbym ugasić to piekielne pragnienie. Żadnej pieprzonej plastikowej buteleczki z kropelką wody. Nic. Obok szafy i butelek stał jeszcze zakurzony wiatrak, a na parapecie śmierdząca rzygami uschnięta paprotka.

            Wstałem, wyszedłem z pokoju i poszedłem do łazienki. Odkręciłem kran, lecz nie poleciała z niego ani kropelka. W akcie paniki przełknąłem ślinę, a raczej flegmowatą gulę, która zebrała się w gardle. Omal się nie udławiłem. I gdy walczyłem z przełykiem, saharycznym podniebieniem, wpadła mi do głowy taka myśl. Oto piekło pijaka. Zero wody, zero wódy, kraina wiecznego kaca, bezpotliwego usychania, niczym reinkarnowana roślinka którą rodzinka zostawiła i wyjechała na wakacje. Kara za przechlany żywot i zachlaną śmierć.

            Czułem się jak pomarszczony, wysuszony rodzynek. Sandman, zamek z piasku. W jednej chwili zrozumiałem sentencję, którą nam chrześcijańska wiara tłukła do głowy: „z prochu powstałeś, w proch się obrócisz”. Teraz nabrało to nowego sensu.

            Podszedłem do lodówki myśląc, że uda mi się ochłodzić. Otworzyłem ją i nic z tego. Lodówka nie działała, nawet lampka się nie świeciła. Wydobywał się z niej przenikający nozdrza smród. Zatkałem nos i zamknąłem drzwiczki.

            – Kurwa mać… – wycharczałem niemal bezdźwięcznie i rozejrzałem się.

            Gorączkowo myślałem. Coś zimnego, coś czymś schłodzę ciało, uzyskam choć chwilową ulgę. Patelnie? Może! Wszystko, co metalowe jest zimne! Otworzyłem szafki. Puste. W szufladach sztućce też gdzieś poznikały. Podszedłem do wiatraka ustawionego w kącie, zacząłem pstrykać włącznik, ale nic to nie dało. Pieprzone śmigła nie ruszyły się ani o milimetr. Kurz nie wzbił się w powietrze. Ani powiewu, ani kropelki. Powietrze było tak gęste od gorąca, ze ledwo łapałem oddech. Nawet wachlowanie się nic nie dawało. Zrezygnowany wylazłem z nory.

            W gębie powoli zbierała się gęsta smoła, miałem wrażenie, że Ziemia znacznie zbliżyła się do słońca, które aż czterokrotnie powiększyło swoje rozmiary. Wielka, gazowa kula zajmowała niemal całe niebo, malując otoczenie kolorem sepii i pomarańczy.

            Nagle minął mnie rozgorączkowany facet. Pruł przed siebie, nie zwracając na nikogo uwagi.

            – Hej! – krzyknąłem za nim.

            Facet żwawo parł dalej przed siebie. Dogoniłem go i zrównałem z nim kroku, tracąc przy tym oddech.

            – Hej… – wykrztusiłem.

            Ignorował mnie. Złapałem go za ramię i resztkami siły zatrzymałem w miejscu.

            – Ej… – niemal bezdźwięcznie wyrwało się z mojej krtani.

            – NO CO?! – ryknął facio, plując mi w twarz i wybałuszając przekrwione gały. – CO?! CO?! CO?!

            Ślina zdążyła wyparować z mojej twarzy w ekspresowym tempie, pozostawiając mały syczący dymek.

            – Stary… – charczałem. – Strasznie mnie suszy… Masz może wodę?

            Gdy to mówiłem, czułem jak ślina przylepia mi się do krtani.

            – Wodę? – facet wytargał się z mojego uścisku i złapał mnie dłońmi za koszulę. – SZUKASZ WODY?!

            – Ta… aa… ak… – odpowiedziałem szarpany przez niego.

            – To masz szczęście! – krzyknął i zbliżył swoje przekrwione gały do moich, tak blisko że mogłem policzyć czerwone żyłki pojawiające się na bieli oraz zauważyć, że pot ścieka mu ze skroni. Pieprzony farciarz. –Masz szczęście, że wiesz czego szukasz! Bo ja nie wiem!

            Puścił mnie i złapał się za włosy, próbując je wyrwać. Nie udało się. Poprawiłem koszulę.

            – Stary… co ci jest? – spytałem.

            – Zapomniałem czegoś wziąć z domu, ale nie pamiętam czego! – krzyknął. – Albo żelazko zostawiłem włączone, albo portfela nie wziąłem, albo karty do bankomatu, która jest w portfelu, albo kluczy… Macam się tysiąc razy i wracam się tysiąc razy i nic! Wszystko na swoim miejscu! W kieszeniach! WSZYSTKO MAM! Rozumiesz?! Ale czegoś jednak zapomniałem! KURWA!

            – Może kran zostawiłeś odkręcony, lepiej sprawdźmy, bo dom zalejesz…

            – Człowieku, przecież mi woda z kranu nie leci! Co ty z tą wodą… Ja tu mam poważniejszy problem! Nie mogę dojechać do pracy!

            – A gdzie pracujesz? Może tam jest…

            – NIE WIEM! – rozpłakał się. – NIE MAM ZIELONEGO POJĘCIA, GDZIE PRACUJĘ!

            Wydobył z siebie szaleńczy ryk płucny i ruszył dalej przed siebie, płacząc, kopiąc wszystko po drodze i rwąc kudły, których wyrwać nie mógł.

            Ruszyłem dalej. Wszystkie sklepy po drodze były pozamykane. Wszystkie bary również. Jak już wspomniałem, pijackie piekło. Miałem wrażenie, że zaczyna być coraz goręcej. Błądziłem w kółko, po tej wyludnionej ziemi, Saharze dusz i szukałem oazy. Spostrzegłem pod drugiej stronie ulicy kobietę sikającą pod drzewem. Miała zadartą sukienkę, i była całkiem niezła.

            – Hej! – krzyknąłem w jej kierunku.

            – Czego chcesz?! – odkrzyknęła. Jedną ręką przytrzymywała się drzewa.

            – Masz może wodę?

            – Nie mam!

            – Cholernie mnie suszy!

            – Nie mam wody!

            – A nie wiesz przypadkiem…

            – Człowieku ja tu sikać próbuję! Odpierdol się! Jak nie jeden, to drugi! Nikt mi się wysikać nie da w spokoju!

            – To może nasikasz na mnie? – spytałem. Tonący brzytwy się chwyta. Ja marzyłem, aby móc utonąć.

            – Spierdalaj! 

            Odwróciłem się i zacząłem iść przed siebie. Nogi odmówiły mi posłuszeństwa i upadłem na kolana. Już nie mogłem. Może, gdy zasnę, to mi przejdzie… Doczołgałem się do najbliższej ławki. Była gorąca, miała w sobie to coś, ten płomień. Ja też płonąłem, dosłownie. Nie przeszkadzało mi to. Chciałem tylko się położyć. Moje dłonie płonęły, języki ognia lizały moją szyję, uszy, przechodziły mnie ciarki i dostawałem wzwodu. Widziałem jak płomyki ognia tańczą dla mnie, wykonujący striptiz, rozbierają siebie i mnie. Topiłem się. Permanentna susza zamieniała mnie w piasek. Z prochu powstałeś, w proch się odwrócisz. Zamknąłem oczy i nastała ciemność. W wyobraźni zobaczyłem siebie, jako kupę piachu, którą dzieci biorą do piaskownicy, lepią z niej babki i zamki, a na końcu szcza na mnie pies, a kot zakopuje mną swoje gówno. Błogo, dziecinko, błogo.

            Obudziłem się. Nie rozumiałem, dlaczego leżałem bokiem na trawie. Odwróciłem się na plecy. Niebo było pochmurne, a mnie dalej chciało się pić. Po chwili spadł kojący deszcz. Wielkie, zimne krople spadały na moje czoło, oczy, nos i usta. Wystawiłem język i poczułem ulgę. Chwilowo przestałem toczyć tę samą skałę pod górę. Chwilowo pomyślałem o zmianie.