Na rogu Justice Street i Washington Road

            Stałem już dobre 15 minut w kolejce po pieczonego kurczaka, gdy nagle poczułem nieodpartą chęć popełnienia mordu, mordu bestialskiego i okrutnego. Nie wiem, co dokładnie pobudziło tę żądzę, lecz wiem, że mogło mieć to związek z kartką na jedzenie, którą gniotłem w dłoni, podczas gdy przyglądałem się jak otyły, łysiejący facet, stojący przede mną, liczył gruby pęk banknotów.  Miał na sobie szary, prążkowany garnitur, pożółkłą koszulę i strasznie śmierdział. Jego przerzedzoną czaszkę zrosił pot, więc co chwilę wycierał twarz i łysą glacę jedwabną chusteczką. Z niewiadomego mi powodu czułem do niego nienawiść, tą podskórną, tą, przy której żółć podchodzi ci do gardła. Z niewiadomego mi powodu okropnie mnie wkurwiał.

            Nadeszła jego kolej. Zamówił całego kurczaka, zapłacił kilkoma banknotami i ostentacyjnie odebrał pakunek na oczach wygłodniałego tłumu. Kolejna porcja, dzięki której tłuszcz wyleje mu się ze spodni, tworząc z cielska letnią sukienkę. Wyglądał jak księgowy Ala Capone albo sprzedawca dziurawych garnków, co to ciepłym uśmiechem i mokrym całusem w zaobrączkowaną rąsie podbija serca kur domowych. Naraz zapragnąłem, aby udławił się kością lub zszedł na zawał. Chciałem pozbawić go prawa do życia.

            Grubas wyszedł ze sklepu i skręcił w lewo. Szybko dałem ekspedientce moje kartki i dostałem swój przydział składający się z pokrytych samą przypieczoną skórą skrzydełek, po czym wybiegłem za nim. Na szczęście nie uciekł mi za daleko. Ze spokojem świni ryjącej w gównie stał oparty o przystanek i obgryzał tłuste skrzydełko. Podszedłem bliżej i stanąłem za nim. Oprócz nas na przystanku czekała stara, wychudzona kobieta o twarzy suchej śliwki osadzonej na długiej żyrafiej szyi, niski hindus z małym wąsikiem a la Clark Gable oraz najbardziej zwyczajny chłop, o sękatych dłoniach i szpotawych nogach, który stał i jarał szluga.

            Powoli zapadał zmrok, całun nocy przykrywał to wypalone ze wszelkich emocji i ekstazy miasto, gdy podjechał stary, zdezelowany autobus, który krztusząc się zahamował spazmatycznie przy przystanku. Nad pomazaną sprayem szybą widniała tabliczka z numerem siedem oraz nazwą dzielnicy, do której zmierzał – Crown City Bus Station. Drzwi zasyczały i otworzyły się. Z nutą niepokoju wsiadłem razem z tłumem, drzwi zacharczały jak stary gruźlik wciągający powietrze, trzasnęły z impetem, autobus zakaszlał srogo wydobywając z siebie czarną chmurę spalin i ruszyliśmy. Minąłem grubasa, który rozszarpywał w tej chwili kurczaka i udałem się na tylne, obgryzione siedzenia. Ominąłem jedno obrzygane i jedno, z którego wystawała sprężyna, po czym usiadłem przy oknie. Czułem każdą zmianę biegu, każdy najmniejszy kamyczek, na który kierowca najechał kołem i każdą wielką dziurę, której nie zdołał ominąć. Po podłodze turlały się butelki po piwie, tworząc z niej mini-wibrujące wysypisko śmieci.

            Pomyślałem o dzielnicy, do której zmierzaliśmy. Czy ten grubas wiedział, gdzie jedzie? Czy zdawał sobie sprawę, że za gotówkę, którą trzymał w kieszeni może stracić wszystkie tłuste paluchy? Crown City, bynajmniej nie była to królewska dzielnica. A może i była? Na dobrą sprawę królowała tam bieda, nosząc dumną koronę z wystających żeber i nienawistnych spojrzeń. Mieściła się po wschodniej stronie rzeki, na samym południu, gdzie na tych terenach żerował gang kruków, złożony z wszelkiej maści imigrantów, dla których gwałty i rozboje były codziennością. Westchnąłem i spojrzałem przez okno. Ponure, zniszczone wieżowce nikły w gąszczu nadchodzących deszczowych chmur i budziły grozę podsycaną wiszącymi na nich neonowymi reklamami prezerwatyw oraz środków przeciw grzybicy.

            Z resztą, która dzielnica jest tutaj bezpieczna? Wszędzie są gangi, bieda panoszy się jak wszy na bezdomnym, a za każdym rogiem czai się zakapturzona kostucha, czekająca z tępawą kosą, aby pozbawić cię głowy i duszy. To miasto jest jak mokry koszmar Marksa i Engelsa. Wszyscy są równi i panują tu tak równe prawa, że nikt nie ma pieniędzy i każdy każdego okrada. Normalnym zachowaniem jest wbicie drugiemu człowiekowi brzytwy w oko, byleby urżnąć kawałek czegoś, czego ty sam jeszcze nie masz. A wszystko to przy poklasku grupki najbogatszej, rządzącej tym miastem eklezji, złożonej z dwunastu parszywych wyjątków posiadających pieniądze, które chyba wyławiali z kanałów. Nic tak nie śmierdzi jak pieniądz, szczególnie brudny pieniądz. I oto przede mną siedział jeden z dwunastu apostołów śmierci. Święty-przeklęty, uwalony tłustą strawą przedstawiciel najwyższego szczebla. Śmietanki tego miasta, spijającej resztki naszej dumy i godności, ogryzającej kości naszej strawy, wysysającej szpik ducha, a potem obsrywającej nas ciepłym gównem, z którym musimy się mierzyć na co dzień. Zawsze zwracają nam to, co nasze, tylko w innej, strawionej postaci. I właśnie dlatego, ta ogolona świnia wywoływała we mnie niepohamowaną żądzę mordu, chęć wepchnięcia mu pięści w krtań i wyrwania wszystkich strun głosowych w szaleńczym okrzyku „ŻUJ PIĘŚĆ, ŚWINIO! TO GŁOS LUDU!”. Bycie najgrubszym w wygłodniałym stadzie nie popłaca. Wyciągnąłem skrzydełko i zacząłem żuć przypieczoną skórę.

            Autobus zatrzymał się na przystanku Poorbridge. Grubas wysiadł oblizując swoje tłuste paluchy. Wybiegłem za nim. Zdezelowany gruchot zakrztusił się kilkukrotnie i w oparach kruczoczarnych spalin odjechał kierując się w stronę rzeki. Grubas skręcił w prawo i szedł przed siebie swoim sflaczałym, mozolnym krokiem.

            Krzywy chodnik lepił się od gum do żucia wyplutych przez pracujące tu prostytutki, co krok walały się zużyte prezerwatywy, butelki po piwie i tanim winie oraz czarne reklamówki. Na ścianach obdartych budynków wymalowane były dłonią beztalencia podpisy, przekleństwa oraz mnóstwo kutasów, że aż można byłoby pokusić się o myśl, że w tej dzielnicy panuje kult fiuta. Pomarańczowe światło latarni oświetlało drogę i rzucało wydłużone cienie.

            Jak ja to zrobię? Nie mam żadnego ciężkiego narzędzia. Będę go musiał udusić, ale weź tu znajdź kark, przecież jego głowa wyrasta wprost z ramion. Skręciliśmy za kolejny róg. Gdzie zmierzasz? Odwrócił się i spojrzał na mnie. Szybko opuściłem głowę. Przyspieszył. Spokojnie. I tak cię złapię. Minęliśmy kilku żuli pijących wino w zaułkach oraz wąsatego alfonsa w białym, przepoconym podkoszulku, który palił fajkę w oknie. Weszliśmy w Washington Road – długą na pięć kilometrów ulicę pełną żywego towaru z całego świata. Był tam każdy rodzaj dziwki, na każdy gust i porę. Jeśli chciałeś karlicy, szedłeś tutaj. Jeśli chciałeś wysokiej na dwa metry, kulawej kobiety z brodą, szedłeś na Washington Road. Wtedy działy się cuda. Dziewczyna brała cię do pokoju w jednej z kamienic, albo robiła ci dobrze w zaułku za śmietnikiem wśród biegających szczurów i karaluchów, a ty, na krótką chwilę wspinałeś się po piekielnych skałach do nieba, żeby po chwili upaść na twarde podłoże brutalnej rzeczywistości.  Mogłeś tu wydać tyle, ile aktualnie miałeś w kieszeni. Jeżeli byłeś bez centa mogłeś również zapłacić kawałkiem kurczaka, ryby, pajdą chleba, butelką piwa lub nawet parą butów. Washington Road był bramą raju lubiących wyżyć się na przeciwnej płci mizoginów, leczących swój kompleks niższości zwyrodnialców, nie-stawaczy, niewiernych małżonków, życiowych degeneratów, libertynów oraz szukających swojej seksualnej tożsamości transów i gejów. Istna rzeka rozpusty płynąca wartkim nurtem przez 24 godziny na dobę, gdzie jej szmer w postaci jęków wylewał się przez okna.

            Grubas nie był zbyt wybredny. Wybrał niską blondyneczkę z wielką dupą i poszli razem za róg. Podążyłem za nimi. Po drodze nie obyło się bez zaczepek polujących tu modliszek i komarzyc, które wypinały się, ściskały biust, puszczały oczko i słały całusy w moją stronę. Nie ze mną te numery. Skręciłem w zaułek, pochwyciłem leżącą na ziemi butelkę i wtedy zauważyłem, że grubas i dziwka zniknęli. Nagle poczułem mocne ukłucie zimnej lufy w żebra. Rozpoznałem ten smród, smród pieniądza. Dałem się wpuścić w maliny. Kostucha już ostrzyła kosę. 

         – No cwaniaczku, myślałeś, że mnie dorwiesz? – Rzekł ochryple świński głos. – Mam dla ciebie dobrą wiadomość. Kupuję twoją śmierć.

            Poczułem jak drugą ręką wkłada mi gruby plik banknotów do kieszeni spodni. Wykupił swoje sumienie, teraz ma czyste dłonie. To trwało sekundę. Nie usłyszałem wystrzału. Nie doznałem bólu. Zobaczyłem tylko dziurę w brzuchu i sączącą się krew, która zalewała całą koszulę. Upadłem na zapluty chodnik, pod tabliczką Justice Street, a mój wzrok skupił się tylko na czarnym wnętrzu lufy, która zbliżała się powoli do mojego czoła. Lufa zamieniła się w białą czaszkę z ciemnymi, głębokimi oczodołami. Pomacałem plik pieniędzy w kieszeni. Nie czułem już smrodu. Nie byłem już biedny.