MIESZKAM PRZY LOTNISKU


Ryk samolotowych silników

rozdzierających powietrze

dokładnie, co 45 sekund.

Autostrada z zasupłanym

sznurem trąbiących samochodów

i warczących kierowców.

Przejeżdżająca w oddali karetka

z wrzeszczącą sygnalizacją… a może policja…

Dobiegające z ulicy krzyki nastolatków,

błagania meneli, kłótnia patoli i płacz ich dziecka.

Permanentna telewizyjna propaganda

i polskie disco-polo zza ściany.

Chodząca pralka i pełzający odkurzacz,

puszczony w samopas blender

miksujący owocowe koktajle,

codziennie rano, w południe i wieczorem.

Trzęsące domem kroki,

dygoczące ściany i podłogi jak z waty.

Brzęczące szklanki postawione na biurku

z niedopitkami po wczorajszej nocy.

Odgłosy ostrego pierdolenia,

klaskania i mlaskania.

Dreptanina myśli, tupot stóp,

stuk palców o blat.

Pukanie, dzwonienie, dzwonienie i pukanie...

 

Zamknąłem oczy i nagle, w jednej chwili,

czas zatrzymał się na mniej

niż jedną sekundę.

Nastała cisza. Głęboka, przenikająca,

docierająca na dno duszy.

Wziąłem głęboki oddech

i znów zacząłem stukać placami w klawisze

maszyny będącej paliwem

dla mego wewnętrznego chaosu.


Londyn, 4.12.18