Kawiarenka z pączkami

          Byliśmy już mocno wstawieni, gdy usiedliśmy naprzeciwko siebie, w jednej z uroczych kawiarenek sprzedających kawę z kwaśnym mlekiem oraz zwietrzałe pączki. Oprócz grubej, bladej ekspedientki z podkrążonymi oczami i starego dziada tępo gapiącego się w pożółkłą ścianę z odstającymi plastrami farby, byliśmy sami. Mark wziął menu do ręki i po chwili z konsternacją na twarzy spojrzał na mnie.

            – Greg – rzekł z powagą swoim głębokim, zimnym basem. – Gdzieś ty mnie, kurwa, zabrał. To jakaś pieprzona kawiarenka.

            Rzucił z pogardą menu w moją stronę. Kartka zatrzymała się przy mojej starej, zniszczonej dłoni ukazując cenę małej czarnej kosztującej dolara.

            – Wiem – odpowiedziałem spokojnie gapiąc się na cennik. Mała, seledynowa mucha usiadła na obrazku ukazującym parującą, gorącą kawę.

            – To po cholerę mnie tu ściągnąłeś?! – Mark podniósł głos. – Mówiłeś, że idziemy się napić i załatwić pewne sprawy, wymagające natychmiastowego załatwienia.

            Z całej siły walnąłem w stół, próbując capnąć muchę. Mark podskoczył. Niestety spudłowałem. Ta odleciała w kierunku starego dziada i usiadła mu na czole.

            – Nie – odezwałem się do Marka. – Mówiłem ci, że pierwsze musimy załatwić sprawy, które wymagają natychmiastowego załatwienia, a dopiero potem pójdziemy się napić.

            – Pierdolisz! Tyle ci powiem! – krzyknął ze złością Mark, a kawałki jego śmierdzącej śliny opadły bezwładnie na menu.

            Chciałem go zabić. I to nie tylko dlatego, że niemiłosiernie mnie wkurwiał, że działał na mnie jak płachta na byka, alergicznie, był jak pryszcz na czubku chuja, jak gówno w oku, jak przebrzydły religijny obrazek, na który nie miałem najmniejszej ochoty patrzeć. Był czymś zgniłym, czymś śmierdzącym, pobudzającym we mnie odruch wymiotny i mówiąc, że chciałem go zabić, naprawdę planowałem morderstwo. I póki co, wszystko szło jak po maśle. Zwabiłem tego pieprzonego czerwono-ryja, zatrutego życiem alkoholika do swojego mieszkania, upoiłem gorzałą i pod pretekstem dalszego picia wyszedłem z nim na miasto. Nikt po nim nie zapłacze, rodzinę już dawno przepił, miał tylko mnie. A i to potrafił spierdolić.

            Musiałem to zrobić, a najlepiej do tego nadawała się stara kawiarenka „Z nadzieniem”, do której nikt nie zaglądał. Nie wiem czy z powodu idiotycznej nazwy, czy dlatego, że była na obrzeżach miasta, czy też z racji tego, że nikt oprócz gliniarzy pączków nie jadał. A że gliniarze do tej dzielnicy już dawno nie zaglądali, to i pączki wietrzały, i ja miałem idealne miejsce na odstrzelenie tego społecznego pasożyta. Mogłem, co prawda odstrzelić gnoja u siebie, ale bez przesady. Kto potem posprząta jego śmierdzące truchło? Nie. To musiało stać się tutaj. Czułem się jak pająk, który powoli zbliża się do swojej zaplątanej w sieć muchy.

            – Mark, może coś zamówisz? – rzuciłem w niego menu, a drugą dłoń schowałem do kieszeni płaszcza i zacisnąłem ją na starym, krótkim rewolwerze kalibru 22. W tym mieście prawie każdy miał broń przy sobie.

            Mark spojrzał na mnie podejrzliwie. Czułem jak moje nogi zaczynają drętwieć, a z czoła spływa stróżka potu. Weź się w garść, Greg – pomyślałem. Zachowaj spokój.

            – W porządku, stary? – spytał Mark. Zauważyłem jak dłonią sięga po widelec. Mała, chuderlawa, parszywa gnida.

            – Jasne. Zamów coś. Ja stawiam – próbowałem zachować spokój i wysilić się na uśmiech, lecz moja twarz tylko się wykrzywiła, przybierając dziwny, abstrakcyjny kształt. Przełknąłem ślinę.

            Spójrz w to menu, kurwa, spójrz w tą cholerną kartkę. Pozwól mi zrobić ci dziurę w czole. Pozwól mi narobić hałasu. Ułatw mi to.

Chyba, że odpuszczę? Wybaczę? Mark złapał widelec. Dźgnąć mnie chce. Kciukiem odblokowałem kurek pukawki. Pewno się skurwiel domyślił, dlaczego zwabiłem go do tego miejsca. Brawo, Mark. W nagrodę odstrzelę ci jajca.

            – Greg, muszę ci cos wyznać…

            Chwila prawdy. Obserwowałem jego twarz, a każdy najmniejszy gest na jego pokrytej trądzikowymi bliznami facjacie, zaczął wyrażać skruchę. Myśli, że się wykupi? Nie. Nie będzie litości. Karma nadchodzi, a wiadomość od niej ściskam mocno w kieszeni płaszcza. Wsadzę ci tą krótką lufę w dupsko, tak jak ty wsadziłeś swoją krótką lufkę w dupsko tej szmaty – mojej żony. Nacisnę spust i rozerwę cię od środka.

            – Greg… – nie wiedział jak zacząć. Ściskał tylko ten pieprzony sztuciec.

            – Co chcesz zrobić z tym widelcem, Mark? – spytałem.

            – Zaraz się zrzygam…

            – Co?!

            – Za dużo wypiłem… – rzekł, po czym zatkał usta i wstał w konwulsjach.

          Mark zaczął biec przed siebie w kierunku wyjścia. Odwróciłem się za nim i wymierzyłem pistolet w jego plecy, lecz zanim oddałem strzał, drzwi do kawiarenki otworzyły się i do środka wparowało dwóch zamaskowanych mężczyzn z szotganami. Widząc lecącego w ich stronę Marka, jeden z nich rąbnął go kolbą i strzelił mu prosto między oczy. Rozwalił jego głowę na miliony kawałków, które udekorowały najbliższe krzesła, ściany, blat, pączki i grubą ekspedientkę. Dosłownie jego głowa pękła, jak balon przebity szpilką. Schowałem szybko gnata i zamarłem.

            – DAWAJ SZMAL, DZIWKO! – ryknął jeden z nich, mierząc w grubą ekspedientkę. Ta zesztywniała ze strachu.

       Nie rozumiałem, dlaczego napadli na kawiarenkę z pączkami. Przecież, tu nie ma kasy. Drugi z bandziorów rozglądnął się po pomieszczeniu. Nasze spojrzenia spotkały się. Przez chwilę mierzyliśmy się wzrokiem, po czym podszedł do bandyty mierzącego w ekspedientkę.

           – Em, stary…

           – Czego?! Jestem zajęty, jakbyś nie zauważył!

           – To jakaś pieprzona kawiarenka z pączkami. Sklep tego Żydka jest po drugiej stronie.

           – Co?!

           – Sklep Żydka jest po drugiej stronie.

           – Pieprzysz…

          Bandzior wciąż mierząc w ekspedientkę odwrócił się. Ja też to uczyniłem. Wszyscy patrzyliśmy przez wielką szybę. Mark pewnie też by patrzył, gdyby jego głowa nie leżała teraz rozstrzelona. Po drugiej stronie ulicy znajdował się sklep monopolowy… Te dwa debile chciały napaść na monopol, którego cały asortyment składał się z jednego rodzaju wódki. Najwidoczniej byli w tym mieście nowi, więc nie wiedzieli, że tu, w tym zakątku gówna, nikt nic nie ma.

            – KURWA! – ryknął patałach mierzący w ekspedientkę. – DAWAJ TEN SZMAL!

            – Nie mam nic – odpowiedziała mu piskliwie.

            – TO DAWAJ TE PĄCZKI!

      Podali jej wór, a ekspedientka wsypała do niego dwie pełne tace zwietrzałych pączków. Bandyci wybiegli z kawiarenki. Przez chwilę siedziałem lekko zszokowany. W końcu jednak wstałem i podszedłem do bezgłowego ciała Marka. Wyciągnąłem z kieszeni jego płaszcza kilka dolców i schowałem je do portfela. Wychodząc rzuciłem jeszcze okiem na starego dziada, który wciąż niewzruszenie gapił się w ścianę. Otrząsnąłem się z zadumy, zamknąłem drzwi za sobą i udałem się do monopolowego z naprzeciwka po wódę.