Interesy w myjni samochodowej Joego

          Joe zgasił wypastowanym butem papierosa na pękniętej płytce chodnikowej. Zwykle nie palił, jedynie okazyjnie, od czasu do czasu puszczał dymka, lecz dziś był kłębkiem nerwów, z którego plótł sweter zmartwień. Dochodziła szósta nad ranem, słońce powoli wylewało swoją łunę na pokryte szarością kamienice i wieżowce Burn City, a on kręcił się dookoła swojej myjni samochodowej, jarał szluga za szlugiem i co chwilę spoglądał na zegarek oczekując drugiego przybysza. Nie zdążył nawet wypić porannej kawy.

            Pięć minut później nadjechał czarny mercedes z przyciemnianymi szybami i zaparkował przed myjnią, zaraz za czerwoną corvettą. Wygramolił się z niego otyły mężczyzna w drogim garniturze, z ułożonymi do tyłu włosami na brylantynie. Jego wygląd przywodził na myśl amerykańskich gangsterów z filmów Scorsese, tych z nienagannym wyglądem i manierami udomowionej bestii, która w każdej chwili może się na ciebie rzucić, by rozszarpać ci gardło i rozpłatać podbrzusze. Wilk w owczej skórze z mściwym błyskiem w oku, samiec alfa stojący na czele watahy, która czekała w pogotowiu na jego skowyt. Mężczyzna zamknął drzwi, strzepnął niewidoczny pył z garnituru i ciężko sapiąc dotoczył się do Joego, który w swojej zamszowej marynarce wyglądał przy nim jak zwykły parias.

            – Siemasz Joe – rzekła bestia z brooklyńskim akcentem i poklepała go po plecach.

            – Dzień dobry, panie Milano – odpowiedział Joe i nerwowo wykrzywił usta w czymś, co miało przypominać powitalny uśmiech.

            „Sonny Milano” – pomyślał Joe – „jak ja tego sukinsyna nie cierpię”. Sonny spojrzał na samochód, przed którym zaparkował i odchrząknął.

            – Co za… Widzę, że ten patałach już jest – rzekł z pogardą.

            – Tak. Pan Bresciano przyjechał pół godziny temu.

            Sonny pokręcił głową z dezaprobatą i wskazał ręką na myjnię nakazując, aby Joe go wprowadził. Panowie weszli do środka. Joe nie cierpiał tych spotkań. Ostatnie spotkanie bossów dwóch wrogich gangów miało miejsce parę miesięcy temu. Joe nie znał szczegółów i nie chciał ich znać. Pragnął jedynie, żeby jak najszybciej zakończyli rozmowę i poszli w pizdu. Jedynym plusem był szmal. Podczas ostatniego udostępnienia lokalu Joe nieźle się obłowił.

            Joe otworzył drzwi. Przed przekroczeniem progu Sonny ujął go za ramię, wyciągnął z kieszeni gruby plik banknotów i włożył go Joemu za pazuchę marynarki.

            – To, co zwykle, Joe.

            – Z woskowaniem?

           – Dobry chłopak – Sonny uśmiechnął się, ukazując złotego zęba, i poklepał go po policzku, po czym wszedł do środka i zamknął drzwi za sobą.

            Przy oknie, z założonymi rękami, stał chudy, łysiejący mężczyzna o aparycji kanalizacyjnego szczura. Krzaczaste brwi dumnie wyrastały znad wielkich, kwadratowych okularów, które zsuwały się mu z zakrzywionego nosa. Filippo śmierdział, lecz nie potem lub innym przykrym dla węchu zapachem. Parowała od niego woń skąpana w oparach szwindlu, krętactw i manipulacji. Nigdy nie wiedziałeś, czy mówi prawdę, czy też kłamie. Mówił to, co chciałeś usłyszeć, był jak żmija czająca się wśród zaschniętych liści, jak kobra hipnotyzująca swoją giętkością, aby po chwili plunąć w oczy palącym jadem. Nikt nie dbał tak dobrze o swój interes, jak Filippo Bresciano.

            Sonny podszedł do barku, wyciągnął szklankę i nalał sobie szkockiej, po czym jednym haustem ją opróżnił.

        – Czyś ty, kurwa, zwariował?! – warknął do Filippo. – Co to, kurwa, za szopka z tą corvettą?! Mieliśmy nie wzbudzać niczyich podejrzeń!

         – Uspokój się – powiedział Filippo nie odwracając wzroku z okna. Przez szparężaluzji obserwował jak jego samochód jest wprowadzany do myjni.

             –Uspokój się! – Przedrzeźnił go Sonny – Ha! Dobre! Uspokój się! Jestem spokojny!

             – Wszystko jest pod kontrolą.

            – Pod kontrolą! Przygotowałeś już sobie gadkę-szmatkę, gdy nas zgarną?! Twój pierdolony samochód rzuca się w oczy jak…

         – Nikt nas tu nie znajdzie. – Filippo, akcentując każdą sylabę wypowiadanego słowa, spojrzał na Sonny’ego, który nalał sobie kolejną porcję szkockiej. – Przejdźmy lepiej do interesów.

           Nastała chwila ciszy. Sonny i Filippo mierzyli się wzrokiem, po czym Sonny wychylił szklankę, wlał złoty trunek do gardła i rzucił szklankę o ścianę. Brzdęk! Szklanka rozbiła się na drobne kawałki.

            – Do diabła z tym! – krzyknął Sonny. – Już dłużej nie wytrzymam!

       Niespodziewanie Sonny ruszył z impetem w kierunku Filippo, chwycił go za brzegi marynarki, przyciągnął do siebie i pocałował. Filippo odwzajemnił pocałunek i dłonią zmierzwił jego ułożone włosy.

            – Nienawidzę tego czekania – rzekł z pasją Sonny. – Raz piekarnia, raz restauracja, co miesiąc gdzie indziej!

            Panowie gangsterzy ponownie zatonęli w namiętnym pocałunku.

            Tymczasem Joe podszedł do meksykańskiego chłopaka, który pucował czarnego mercedesa.

            – Młody, ile ci to jeszcze zajmie? – spytał się Joe.

        Chłopak nie zareagował. Miał słuchawki w uszach i rytmicznie kiwał głową. Joe stracił cierpliwość i pacnął go dłonią w głowę. Chłopak spojrzał na niego przerażony i wyciągnął słuchawki z uszu.

            – Ile ci to zajmie?!

            – Z dziesięć minut, proszę pana – odpowiedział chłopak wycierając pot z czoła.

        Joe pokiwał głową, po czym spojrzał w kierunku okien od swojego biura. Miały zaciągnięte żaluzje. Po chwili zacharczał wydobywając z gardła flegmę i splunął na maskę samochodu, zostawiając na niej wielkiego, zielonego gluta. Pracownik spojrzał na niego i lekko się uśmiechnął. Joe zauważył to.

           – Skup się. Ominąłeś jeszcze to miejsce – wskazał palcem na gluta. – Czyść dokładnie!

        Joe zapalił papierosa i jeszcze raz rzucił okiem na okna biura. Dochodziła siódma, zrobiło się już widno. „Ile jeszcze tym sukinsynom zajmą te pertraktacje?” – pomyślał. – „Ile można rozmawiać o podziale władzy, o dominacji w tym zasranym mieście? Gdzie mogą stać dziwki, gdzie można handlować amfą?”.

        Nagle uwagę Joego zwrócił ubrudzony zaschniętą krwią i błotem, podziurawiony kulami radiowóz, który podjechał pod myjnię. Wysiadło z niego dwóch wysokich policjantów w uniformach odpowiadających stanem ich pojazdowi. Joe niewiele myśląc ruszył w ich kierunku.

            – Przepraszam panów! – krzyknął Joe. – Zamknięte dzisiaj!

            – Zamknięte? – Spytał ze zdziwieniem łysy gliniarz.

            – Tak, tak. Przykro mi – rzekł z udawanym zażenowaniem Joe.

            – Słyszałeś, Mat? – Gliniarz zwrócił się do kolegi. – Zamknięte dzisiaj.

            – Słyszałem, Billy. – Mat zacmokał. – Jak pan się nazywa?

            – Emm… Joe… Joe Salligan.

            – Ależ Joe… – Billy pokręcił głową. – Masz wywieszoną tabliczkę, że otwarte.

            – Dokładnie – zawtórował mu Mat.

            – To pomyłka.

            –Żadna pomyłka, Joe. Prawo tabliczki to rzecz święta, a chyba nie chcesz być na bakier z prawem, prawda?

            – Nie, proszę pana.

            – Panie władzo. – Poprawił go Billy.

         – Nie, panie władzo. – Joe zaczynał się coraz bardziej denerwować. – W każdym razie, panie władzo, mamy dzisiaj nieczynne.

          – A te samochody? – Spytał Billy zerkając Joemu przez ramię. – Chyba nie chcesz mi powiedzieć, że stać cię na takie samochody, prowadząc malutką myjnię na przedmieściach?

            – Nie powiedziałem, że są moje.

            – W taki razie, czyje są te samochody?

            – Klientów. Zostały z wczoraj.

            – Coś mi tu śmierdzi, a tobie Mat?

            –Śmierdzi jak cholera – przytaknął Mat.

            – Nie wygląda mi to na zamkniętą myjnię. – Billy zmrużył oczy.

            – Panie władzo… – zaczął Joe.

            – Skończ te żarty i zajmij się naszym wózkiem. Jak widzisz jest cały ujebany.

            Billy rzucił Joemu kluczyki i razem z Matem weszli do środka. Joe przewrócił oczami i dał kluczyki pracownikowi.

             – Zostaw merca i szybko uwiń się z tym gównem – rozkazał, po czym pobiegł za policjantami.

            Gliniarze czekali w holu. Mat siedział na stołku i czytał gazetę, a Billy stał przy ladzie, bawiąc się blaszanym dzwonkiem. Joe zamknął za sobą drzwi i ukradkiem przekręcił tabliczkę na stronę z napisem „ZAMKNIĘTE”. „Przez takie detale wszystko się sypie” – pomyślał i podszedł do kasy.

            – To będzie dwadzieścia dolców – powiedział Joe.

            Policjanci spojrzeli na siebie. Billy przestał bawić się dzwonkiem i pokręcił głową.

            – Dwadzieścia dolców? Drogo tu masz, Joe – rzekł Billy.

            – Kryzys, panie władzo.

            – A może zniżka dla funkcjonariuszy prawa?

            – No dobrze – westchnął Joe. – Dziesięć procent rabatu.

            – Joe, Joe, Joe. – Billy uśmiechnął się. – Dasz nam sto procent zniżki.

            – Sto procent?!

            – Masz klientów od samego rana. Odrobisz to sobie.

       Joe poczuł ciężar banknotów w kieszeni marynarki i niechętnie pokiwał głową. „Byleby stąd jak najszybciej zniknęli”.

            – Naprawdę mieliśmy ciężką noc – powiedział Billy marszcząc czoło. – Zrobisz dobry uczynek.

         Billy postukał pięścią w blat biurka i zaczął rozglądać się po poczekalni. Joe poczuł zbierającą się w gardle żółć i miał ochotę splunąć na łysinę Billy’ego.

            – Tak się zastanawiam, Joe – Billy spojrzał na Joego. – Gdzie są twoi klienci?

            Joe poczuł, że czerwienieje.

            – Słu… Słucham? – wydukał.

            – Są samochody… – zaczął Billy.

            – I to w cholerę drogie… – dodał Mat.

            – Ale klientów nie ma… – skończył Billy.

            – Mówiłem przecież, że…

            – Tak, tak. Że je zostawili. Widzisz Joe. Uważam, że to są kompletne brednie.

            Nastała chwila milczenia. Billy prześwietlał wzrokiem Joego, który pocił się i czuł, jak serce wali mu młotem.

            – Są tu, prawda Joe?

            – Właśnie… Gdzie ci bogaci klienci, Joe? – spytał Mat, nie odrywając wzroku z gazety.

            – Nie mam zielonego pojęcia… Żadnego dzisiaj nie widziałem.

            –Żartowniś… – prychnął z pogardą Billy.

            – On coś kręci, Billy – rzekł Mat.

            – No pewnie, że coś kręci! Czujesz jak capi, Mat?

            – Co tak capi, Billy?

          – Gówno! – Billy wyciągnął gumową pałkę i walnął nią w blat biurka, tak że Joe podskoczył. – Właśnie sra ze strachu!

            – Srasz ze strachu, Joe? – spytał ze zmartwieniem Mat.

            – Pewnie, że sra! – krzyknął Billy. – Spójrz na niego!

            – Ale ja…

            – Joe, jak chcesz, to skoczę do kibla po papier – zaproponował Billy i roześmiał się razem z Matem. – Dobra, jaja sobie robimy. Uspokój się. A teraz…

            Nagle do poczekalni wszedł pracownik i położył kluczyki od radiowozu na blacie biurka.

            – Radiowóz gotowy, panie Salligan – powiedział chłopak.

            – Dzięki, Jose. A teraz zmykaj – powiedział Joe i odetchnął z ulgą.

        Billy uśmiechnął się, wziął kluczyki od radiowozu i wsadził je do kieszeni. W tym momencie drzwi od biura otworzyły się i do poczekalni wszedł Fillippo. Billy i Mat spojrzeli na niego. Fillippo poprawił okulary, skierował wzrok na Joe i poszedł do łazienki. Billy rzucił Joemu zwycięskie spojrzenie i poszedł za Fillippo. Joe chwycił się za włosy, wyciągnął paczkę papierosów i zapalił jednego.

            – Lubisz łamać własne reguły, co? – uśmiechnął się Mat i wskazał na tabliczkę z zakazem palenia wiszącą nad jego głową.

           Billy wszedł do łazienki. Fillippo stał przy oknie rozmawiał przez telefon. Gdy usłyszał trzaśnięcie drzwi szybko rozłączył się i schował telefon do kieszeni. Billy podszedł do pisuaru, wyciągnął interes i zaczął pogwizdywać do rytmu bębniącego moczu o ściankę pisuaru. Fillippo podszedł do umywalki i odkręcił kurek z wodą. Uważnie obserwował Billy’ego w lustrze. Ten skończył, strzepnął kilka kropel, zapiął rozporek i nie przerywając gwizdania stanął obok Fillippo. Myjąc dłonie spojrzał na niego.

            – Ta corvetta… To pańska? – spytał Billy.

            – Emm… Tak – odchrząknął Fillippo.

            – Piękny samochód.

            – Dziękuję.

            – Musiał sporo kosztować…

            – Tak… – Fillippo zakręcił kurek. – Przepraszam.

            Fillippo podszedł do podajnika papieru, wyciągnął kawałek i zaczął wycierać dłonie.

            – Ja pana skądś kojarzę… – kontynuował Billy – tylko nie wiem skąd…

            – Bardzo możliwe. Wiele osób wciąż powtarza, że jestem do kogoś podobny.

            – Czy pan czasem nie jest tym aktorem? – Billy zmrużył oczy i zakręcił korek.

            – Aktorem?

            – Tak… Pan grał w tym filmie Guya Ritchiego!

            – Nie, to pomyłka.

            – Ależ tak! To pan!

            – Nie, nie…

             – Da mi pan autograf? – Billy sięgnął po notes.

            – Pan się pomylił. Miłego dnia.

            Fillippo odwrócił się i złapał za klamkę.

            – Wzajemnie, szmaciarzu! – wycedził Billy.

            – Słucham?! – Fillippo spojrzał na Billy’ego.

            Billy stał z wycelowanym w Fillippo pistoletem i nim ten zdążył się zorientować, co się dzieje, Billy oddał strzał prosto między jego oczy. Ogłuszający huk, spotęgowany echem odbijającym się od kafelek, rozdarł ciszę panującą w łazience. Billy obserwował jak kawałki czaszki i mózgu dekorują błyszczące kafelki, drzwi, podajnik do papieru, lustra i umywalki. Krew bryzgnęła na twarz Billy’ego. Ciało Fillippo upadło bezwładnie na posadzę. Billy przez chwilę patrzył się na nie, po czym wybiegł z łazienki.

            W poczekalni Mat mierzył z pistoletu do Joego, który trzymał ręce w górze. Billy podszedł do nich, złapał Joego za fraki i kiwnął na Mata, który podszedł do drzwi od biura, a sam wycelował broń w Joego.

            – Ani, kurwa, słowa… – syknął Billy.

        Mat nacisnął klamkę, otworzył drzwi i mierząc z pistoletu wparował do środka. Billy wciąż trzymał rozdygotanego Joego na muszce.

            – Nie ma go! – Krzyknął Mat.

            – NIE MA?!

            Billy tocząc pianę z ust podszedł do Joego i przyłożył mu lufę do skroni.

            – GDZIE GRUBY?!

            – Nie wiem… Był tam… Proszę, nie strzelaj… Mam rodzinę… – błagał Joe.

            – NIE KŁAM, KURWIU! – Billy był coraz bardziej wściekły. – WIEMY O TOBIE WSZYSTKO! GDZIE ON JEST?!

            – Nie wiem!

            – ROZKURWIĘ CIĘ!

            – Ale…

            – LICZĘ DO TRZECH! RAZ! DWA!

            BANG! Billy puścił Joego i padł na podłogę. Joe stał roztrzęsiony z krwią Billy’ego na swojej twarzy. Sonny wpadł do myjni i zaczął strzelać do Mata, który skrył się za drzwiami biura. Był opętany szałem, żądza mordu zmieniła jego rysy twarzy w coś skrzywionego, obrzydliwego. Zmieniła go w bestię spuszczoną z łańcucha, której zadaniem było rozszarpanie każdego, kto stanął na jej drodze. Parł przed siebie jak taran, otworzył przedziurawione drzwi gabinetu kopniakiem, przewracając Mata i wyładował w niego cały magazynek. Po chwili, ciężko dysząc uspokoił się, przeładował broń i poszedł do łazienki. W drzwiach klęknął nad ciałem Filippo. Joe był w zbyt dużym szoku, żeby się poruszyć. Widział jedynie, jak Sonny beznamiętnie patrzy się na zwłoki.

            Nagle do pomieszczenia wparowało czterech mężczyzn w skórach. W ręku dzierżyli pistolety, które wymierzyli w Sonny’ego. Jeden z nich rozpoznał zwłoki Bresciano.

            – To Milano! Zabił naszego szefa! – krzyknął jeden z nich.

            – Co za kurwa…

            Wszyscy w czwórkę wymierzyli bronie w Sonny’ego Milano i zaczęli go masakrować, oddając strzał za strzałem. Sonny padł obok Fillippo. Po chwili nastała cisza. Czterej mężczyźni wybiegli z myjni, nie zwracając najmniejszej uwagi na Joego. Joe rozglądnął się po pomieszczeniu, które było całe w ruinie. Zapalił kolejnego papierosa. Piętnaście minut później wszedł pracownik z kluczykami od corvetty i stanął jak wryty. Przytłumione meksykańskie disco wydobywające się z jego słuchawek wypełniało ciszę panującą w pomieszczeniu. Joe otrząsnął się, podszedł do chłopaka i wyciągnął mu słuchawkę z ucha.

            – No… Jak widzisz trzeba tu posprzątać – powiedział Joe i wziął kluczyki od chłopaka. – To był dobry dzień na robienie interesów. Jadę na urlop. Zajmij się wszystkim.

            Chłopak pokiwał bezmyślnie głową. Joe odwrócił tabliczkę na drzwiach na napis „OTWARTE” i wyszedł. Wsiadł do corvetty i dołączył do ludzi stojących w korku. Była ósma rano. „A może napiłbym się kawy?” – pomyślał Joe.