DZIURA W GŁOWIE


Jakby to surrealistycznie i nierealnie zabrzmiało, obudziłem się z dziurą w głowie. Na wylot. Nie, nie czułem bólu, swędzenia, czy też nieprzyjemnego uczucia dyskomfortu, ot, po prostu kolejny zwykły sobotni poranek, dzień wolny od pracy.

Zauważyłem ją podczas szczotkowania zębów. Była co prawda, mała, powiedzmy wielkości pryszcza, lecz zdziwił mnie fakt, że prześwitywało przez nią wpadające przez okno słoneczne światło. Jakbym strzelał cienką laserową wiązką z czoła.

            – Powinieneś iść z tym do lekarza – stwierdziła moja kochana, martwiąca się żona.

            – Przeżyję – machnąłem ręką nie przerywając wcinania omleta, który mi przygotowała. – Samo zniknie.

            Jednak dziura sama nie zniknęła.

            Minął tydzień, a była już wielkości kciuka. Mogłem się dobrze jej przyjrzeć, zaglądnąć do środka, poświecić tam latarką i zbadać zakamarki wnętrza swojej głowy. Prócz równo wyżłobionego, zgrillowanego korytarza, nie dostrzegłem nic szczególnego.

            – Idź z tym do lekarza… To naprawdę nie wygląda dobrze – powiedziała żona, gdy spotkałem ją w kuchni. Myła naczynia. Nawet na mnie nie spojrzała.

            – Nawet na mnie nie spojrzałaś – zauważyłem powtarzając to, o czym wcześniej pomyślałem.

            – Przyglądnęłam się temu, gdy spałeś.

            – Wiesz, że nie cierpię lekarzy. Banda mądrali i szarlatanów.

            – Wiem, ale musisz. Przepisze ci antybiotyk i będzie po sprawie – powiedziała jakby zdiagnozowała u mnie grypę, a nie niewiadomego pochodzenia dziurę przechodzącą na wylot przez moją czaszkę.

            – No dobrze… Jeżeli powiesz mi, który lekarz zajmuje się dziurami w głowie, to pójdę – rzuciłem dla świętego spokoju.

            – Laryngolog – odpowiedziała bez zastanowienia i siorbnęła ówcześnie przygotowanej kawki.

            Uśmiechnąłem się pobłażliwie i odłożyłem gazetę na stół, która nie wiem jakim cudem znalazła się w moich rękach. Jak w ogóle znalazłem się przy stole?

            – Kicia, on jest od uszu…

            – Nie kiciuj mi tu – przybrała ostrzejszy ton głosu. – Dla twojej wiadomości, laryngolog jest nie tylko od uszu. Poza tym, twój przypadek jest unikalny, nie ma lekarza, który mógłby się tym zająć. Myśląc logicznie, o ile w tej historii jest jakiekolwiek miejsce na logikę, powinieneś iść do kogoś, kto ma możliwość wglądu do wnętrza twojej czaszki. Najprościej iść do laryngologa. Może to wynikło od zatok.

            – To może lepiej do neurologa?

            – Boli cię głowa?

            – Nie.

            – Neurolog ci nie pomoże. Prędzej psychiatra.

            Roześmialiśmy się na głos. Ach, jak wesoło.

            – No dobrze pójdę – dałem za wygraną.

            – Tylko ubierz jakąś czapkę, żeby nie zwracać na siebie uwagi. Poza tym ma wiać, nie chcesz się przeziębić.

            Kochana.

            Miesiąc czekałem na wizytę. Telefonicznie umówić się nie dało, wszyscy myśleli, że żartuję. Prześmieszne. Człowiek z dziurą w głowie, chce się umówić do laryngologa. Musiałem udać się tam osobiście. W tym czasie zwolnili mnie z pracy. Szef załatwił to dyplomatycznie.

            – O co chodzi z tą dziurą, Johnny? – w pracy miałem ksywkę Johnny. Sam nie wiem dlaczego.

            – A o co ma chodzić? – spytałem.

            – Paradujesz z tą dziurą, jakbyś coś chciał nam przekazać.

            – Ale ja nic…

            – Słuchaj, nie interesują mnie twoje seksualne preferencje, ale straszysz klientów. Zmuszasz ich do myślenia. A myślący klient zaczyna podejrzewać szwindel. A tego nie chcemy.

            I dostałem wypowiedzenie. Po miesiącu, gdy szedłem na wizytę u laryngologa, dziura była już wielkości pięści. Zbok świecił mi latareczką do środka, zaglądał swoim dziwnym lejkowatym urządzeniem i cmokał. Z każdym przekrzywieniem swojej głowy.

            – Hmm… dziwna sprawa – powiedział, gdy wreszcie usiadł przed biurkiem.

            – Co pan powie…

            – Może i jestem tylko zwykłym laryngologiem, ale praktycznie to pan już dawno powinien nie żyć.

            – Czyli to coś poważnego?

            – Proszę pana – złożył dłonie w piramidkę – od kiedy, pan, TO ma.

            – Od jednego miesiąca i jednego tygodnia. Na początku było wielkości pryszcza, główki od szpilki, kleszcza.

            – I wciąż się powiększa, co? – zacmokał. – Interesujące.

            – Co mam z tym zrobić, panie doktorze?

            – Hmm… boli to pana?

            – Nie… lekko zaczyna swędzieć – powiedziałem i poczułem nieodpartą chęć drapania.

            – To znaczy, że się goi – pokiwał fachowo głową.

            – Ale to takie swędzenie… hmm… jakby mnie zżerało… mam ochotę to drapać – moja dłoń już zginała palce w haczyki, już podnosiła się do góry.

            – Proszę tego nie robić! – krzyknął lekarz.

            – Może maść jakąś? – podsunąłem rozwiązanie.

            – Wie pan… Po maść to do dermatologa, ja mogę jedynie dać panu krople do uszu. Wypiszę panu skierowanie. I na prześwietlenie oraz do psychiatry.

            – Psychiatry? Przecież tego sobie nie zmyśliłem, sam pan widzi!

            – Kto wie… Może ja też zwariowałem – zaśmiał się jak mała świnka. – Być może jest to schorzenie psychiczne, które trzeba leczyć psychiatrycznie. Ale za to pocieszę pana, że słuch ma pan doskonały.

            – Po babci… Była muzykiem.

            Prześwietlili mi głowę, następnie wysłali do psychiatry. Nie miał pomysłu, co to może być i najwidoczniej bardzo się tym zafascynował. Miał głos radiowego zboka. Jakby głośno szeptał z lekką chrypką.

            – Stresuje się pan? – spytał obserwując mnie z nad kartki.

            – Teraz? – odpowiedziałem pytaniem na pytaniem. Zastanawiałem się, co rysuje sobie na kartce.

            – Nie, tak ogólnie – wzruszył ramionami, odwrócił kartkę i pokazał mi narysowanego, patyczkowatego człowieka z dziurą w głowie. – Ładne?

            – Ładne – pochwaliłem, po czym odpowiedziałem na pytanie o stresie – tak ogólnie, to nie.

            – A to ciekawe… A jak z pamięcią?

            – Doskonała. Mogę powiedzieć, że przypominam sobie coraz więcej szczegółów z dzieciństwa i pamiętam dosłownie wszystko, co czytam, mimo że pomiędzy wizytą u laryngologa a panem, przeczytałem zaledwie kilka ogłoszeń na tablicy w poczekalni. Ale pamiętam je, co do literki.

            – Interesujące… – pomacał swoją szpiczastą bródkę i przyglądnął się swoimi bystrymi oczami. – Tam dość dużo literek jest… A jak z przecinkami i kropkami?

            – Wszyściutko. Nawet pamiętam to, co czytałem w podstawówce. Potrafiłbym napisać teraz całe „Quo Vadis” z pamięci.

            – Poważnie?

            – Słowo harcerza, którym nigdy nie byłem.

             – Pokaże pan?

            – „Quo Vadis”?

            – Tak, poproszę. Parę stron, żeby pana nie przemęczać… powiedzmy 124 i 125.

            – Które wydanie?

            – A jakie mamy do wyboru?

            – Wie pan, ja czytałem z Państwowego Instytutu Wydawniczego z 1980 roku. Może z tomu I?

            Pokiwał głową. Przepisałem z głowy dwie strony.  

            – Interesujące. Czy ma pan cos przeciwko, abym wysłał pana do specjalistycznej kliniki, która leczy przypadki wręcz niemożliwe i żeby zbadał pana zespół lekarzy? Ta dziura jest ewenementem na światową skalę.

            – Pewnie, co mi tam… Rozumiem, że na koszt państwa?

            – Na koszt kliniki. Załatwię wszystko.

            I mnie wysłali.

            Dwa tygodnie później, gdy dziura zajmowała mi praktycznie całą powierzchnię czoła, zebrało się nade mną kolegium lekarskie złożone z lekarzy z całego świata. Czyli głównie ze Stanów, plus jeden Niemiec, jeden Polak i nasz pan psychiatra. Przyglądali się, zadawali pytania, których w sumie już zadawać nie musieli, bo dobrze wiedziałem jakie pytania padną, ale z grzeczności pozwalałem im na to, po czym udzielałem na nie odpowiedzi. Nie chciałem też, żeby za bardzo się podniecili moją umiejętnością przewidywania, bo miałbym w tym pokoju istny lekarski gangbang zakończony medyczną bukake w moją dziurę. Nic z tego. Badali więc, diagnozowali, lecz nikt z nich nie potrafił mi pomóc. Moje zdjęcie ukazało się nawet na okładkach między innymi Time’s, National Geographic i Gazety Wyborczej. Telewizja Publiczna też wykorzystała okazję i wspomniała coś o kolejnym sukcesie Rządu w robieniu dziur głowach obywateli. Stałem się sławny, miałem nawet własną grupę fanów i hejterów. Greenpeace też się dołączył i stwierdził, że dziura w mojej głowie jest wynikiem ocieplenia klimatu oraz że jest to efekt dziury ozonowej, po czym dodali, że niedługo wszyscy takie dziury będziemy mieć.

            – Dobrze wyszedłem, nie? – spytałem żony, której pokazałem okładkę mojej biografii. Umiałem już czytać w jej myślach. Wreszcie role się odwróciły. – Wiem, wiem, nie uczesałem się, to trochę trudne. Pojawiam się też jako kilka różnych memów oraz na pewnych stronach, na które raczej na twoim miejscu bym nie wchodził. Powiem tyle, że ludzie są popaprani.

            – Odkryli w końcu, co to jest? – spytała. Chciała, żebym już wrócił.

            – Nie. Ale jestem bliski odkrycia odpowiedzi.

            – To znaczy? Jakiej odpowiedzi?

            – Udzieliłem sporo wywiadów i czuje się zmęczony. Nie umiem artykułować myśli. Chaos, skarbie, chaos.

            – Nic nie rozumiem.

            – Wiem, kochanie, na tym etapie, nie jesteś jedynie. Na tym etapie, chyba tylko ja zaczynam to rozumieć.

            – O czym ty bredzisz?!

            – To… to nie istnieje! – krzyknąłem z pasją.

            – Co nie istnieje? – spytała się ze łzami w oczach.

            – To! – rozpostarłem ramiona, niczym wielki orzeł. – Wszystko!

            – Zwariowałeś!

            – Mylisz się! Od braku mózgu, jeszcze nikt nie zwariował! To bez sensu!

            – To wszystko jest bez sensu.

            – Kicia…

            – Chcę mojego męża z powrotem!

            – Ale ja tu jestem…

            – Nie! Jesteś w gazetach, jesteś w telewizji, jesteś w Internecie, ale nie ma cię tutaj… Ja tak dalej nie mogę…

            Powiedziała, po czym nagle wstała i po prostu wyszła. Było to nagłe, ale nie zdziwiłem się, przewidziałem jej reakcję. Już byłem na etapie, że myślałem 100 kroków na przód. Byłem przekonany, że jako pierwszy człowiek na świecie, a w dodatku tak wyjątkowy, pokonałbym komputer w grze w szachy. Byłem tak pewien, że nie musiałem tego udowadniać, nie musiałem rozgrywać tej partii, bo już ją rozegrałem. W głowie. Dobrze wiedziałem, jakie ruchy wykona i jak go pokonam. Krok po kroku, ruch po ruchu, wprost do mata.

            Ale o co w tym wszystkim chodziło? Jeszcze nie wiedziałem. Przewidywałem, że poznam odpowiedź już niedługo, nawet za dziesięć minut.

            I nie myliłem się.