Dziad

               Był 31 października, ludzie biegali od sklepu do sklepu w poszukiwaniu ostatnich dekoracji na Halloween, a ja siedziałem na przemoczonym kartonie pod zabitą deskami witryną dawnego KFC i gapiłem się tępo w kałużę, w którą co chwilę ktoś wchodził. Srogi wiatr wiał mi prosto w oczy, z nosa ciekł katar, jednak nie czułem już zimna, byłem na nie przygotowany – miałem na sobie jedynie brudne dżinsy, podarty sweter, kurtkę i wełnianą czapkę. Moje legowisko, bo tak nazywałem żartobliwie swoje łoże, składało się z kilku kartonów, koca i parasolki, przygotowanej specjalnie na jakże popularne o tej porze roku w Anglii opady. Najgorszy jednak był permanentny głód, który towarzyszył mi od tak dawna, że nie byłem w stanie przypomnieć sobie ostatniego porządnego posiłku. Chyba mój organizm się już poddał.

          Całe życie walczyłem. Z ludźmi, z zasadami i z chorym systemem. Ostatecznie wygrałem. Nie podporządkowałem się, tak jak inni. Pozostałem człowiekiem suwerennym, panem własnego losu. Nie mam domu. Nie mam pracy. Nie mam już życia. O ironio, jeszcze nigdy nie czułem się tak wolnym i jednocześnie tak bezradnym, jak teraz. Siedząc z podkulonymi kolanami, w śmierdzących łachmanach, z mojżeszową brodą, która rosła jak chwasty, brakiem uzębienia, bo zęby sprzedałem wróżce za alkohol, czułem pustkę. Pustkę wypełniającą starożytną, grecką amforę, w której powinno znajdować się rozkoszne wino. Puszka Pandory została dawno otwarta, a teraz leżała zgnieciona na wysypisku śmieci, w dziale aluminium. Zrezygnowałem już dawno z kartonika z napisem „I’M HUNGRY”, czy też pytania ludzi o drobne. Byłem dla nich jak cień lub też jak gówno nasrane przez psa na środku chodnika – nikt go nie usunie, bo wzbudza obrzydzenie.

                   Nagle zauważyłem, że w kałuży wylądował mały papierek po cukierku. Przez moment zastygł nieruchomo na brzegu tafli. Na ten jeden ułamek sekundy, czas się dla mnie zatrzymał. Ludzie stali się kolorową, rozpaćkaną masą w tle, dźwięki wyciszyły się do minimalnego szumu. Poczułem jak łza spłynęła mi po policzku. Nagle papierek zerwał wiatr i uniósł go w górę. Wywijał piruety i zataczał koła, prowadzony w fascynującym walcu, żeby po chwili zniknąć wśród tłumu. Ocknąłem się z zadumy i w jednej chwili wpadł mi do głowy pomysł jak zdobyć pożywienie. A człowiek wycieńczony z głodu jest zdolny do wszystkiego i do niczego. Ostatnią siłą woli wstałem ze swojego kartonu i zacząłem człapać przed siebie.

              Powoli zapadał zmrok, gdy doszedłem na jedno z osiedli. Sztuczne pajęczyny, wydrążone dynie i świece zdobiły domy. Dzieci zaczynały swoje wędrówki za słodyczami. Małe diabełki, wampirki, wilkołaki i inne potworki próbowały straszyć dorosłych, którzy trzymali słodkie skarby. Zaczaiłem się za krzakiem, gdy trójka dzieciaków załomotała w drzwi jednego z domów. Z wnętrza dochodziły odgłosy odbywającej się imprezy i mężczyzna, który im otworzył był już lekko podchmielony.

            – CUKIEREK ALBO PSIKUS! – krzyknęły dzieci.

            – Nie będę ryzykował – facet zaczął bełkotać – Macie!

            Wsypał im do toreb po cukierku i lizaku, dzieci krzyknęły z radości, podziękowały, po czym zniknęły. Rozglądnąłem się uważnie, upewniłem się, że nikogo nie ma w pobliżu, podszedłem do drzwi i zapukałem.

            – Oho! Następne stwory! – krzyknął mężczyzna i omal nie podskoczył ze strachu, gdy ujrzał moje oblicze, najgorszej mary wśród mar.

            – Dobry wieczór panu – zacząłem. – Przepraszam za najście, ale czy miałby pan coś do jedzenia?

            Faceta wyraźnie zatkało. Przeszukał kieszenie, po czym dał mi jednego cukierka z miski.

            – Emm… Proszę – powiedział i zamknął drzwi.

              Wzruszyłem ramionami, zjadłem łakoć i poszedłem do następnego domu. Sytuacja z cukierkiem powtórzyła się ze dwa, trzy razy. Większość osób była oburzona moją bezczelnością.

            – Nie mamy jedzenia.

            – Nic nie mamy.

            – Przykro mi. Dobranoc – mówili przeżuwając ukradkiem kęs kiełbasek z grilla.

            – Pchły na noc – odpowiadałem czując swędzenie we włosach.

            Jeden angol był tak narąbany, że wydawało mu się, że stoi przed nim dziecko.

            – A ty, co taki wyrośnięty jesteś? – przyglądał mi się mrużąc oczy – Za kogo się przebrałeś?

            – Za dziada – odpowiedziałem.

            Okrążywszy czterdzieści domów i zjadłszy dziewięć cukierków wróciłem na high street. Mój plan nie wypalił. Nie miałem już sił i chciałem tylko zamknąć oczy. Z oddali zauważyłem, że ktoś zajął moje miejsce. Jakiś mężczyzna spał na moim kartonie. Poczłapałem szybciej, z chęcią wywalenia gagatka z mojego posłania, gdy nagle stanąłem jak wryty. Na moim kartonie spał… Spałem JA.

            Bez wątpienia. Leżało tam moje ciało. Nieruchome. Sztywne. Ostygłe. Z otwartymi oczyma, które świeciły pustką. Nic z tego nie rozumiałem. Nagle przeze mnie przeszła matka z przebranym za ducha dzieckiem.

            – Mamo, patrz! – krzyknęło dziecko. – Wystraszę tego pana!

            – Zostaw! Niech pan… śpi – powiedziała do synka, po czym dodała pod nosem, jakby do siebie – Pijak pieprzony… powinni coś z tym zrobić…

            Naraz poczułem jak powoli rozpływam się w blasku księżyca. Nadeszła północ. Czarny kot podszedł do mojego ciała i skulił się w moich nogach. Jest człowiek. Nie ma człowieka. Duch zostaje. Pamięć trwa. A ciało gnije. U niektórych już za życia.